Choć lata mijają, a ja z każdym rokiem coraz skuteczniej uczę się panować nad własnymi emocjami, smutek dopada mnie tak czy siak. I choć niektórym może wydać się to koszmarne, nie zawsze podejmuję kroki, by ten smutek od siebie jak najszybciej przepędzić. Czasami biorę go pod rękę i dopiero po obaleniu przysłowiowego kieliszka żegnamy się w zgodzie, świadomi tego, że prędzej czy później znów się spotkamy. A kiedy siedzimy przy jednym stoliku, to często w akompaniamencie tych trzech blackmetalowych płyt.


Burzum „Det Som Engang Var”

Burzum to jeden z tych blackmetalowych zespołów, który od zawsze kojarzy mi się ze smutkiem. W przeciwieństwie do Mayhem, który w moich oczach to przede wszystkim obłąkanie i Darkthrone, który w największym stopniu emanuje siłą i agresją. I choć we wszystkich albumach – nawet tych późniejszych – znajduję coś dobrego, to nie ma dla mnie smutniejszego i bardziej w tym smutku przejmującego albumu niż „Det Som Egang Var”. Z „Key To Gate”, „Lost Wisdom” i „Snu Mikrokosmos Teng” na czele.

Znajomi, którym tę muzykę pokazywałam, a którym słowo „burzum” kojarzyło się przede wszystkim z trylogią Tolkiena, zarzucali, że prymitywne, że paskudne. Cóż, trudno się nie zgodzić. Ja jednak nie będę zgrywać ani wyjątkowej ani aż nadto złożonej – prymitywizm i prostota „Det Som Engang Var” ściska mnie za serducho i ściskając, zatrzymuje w nim smutek na całe 40 minut.

Furia „Martwa Polska Jesień”

Furia to w zasadzie jeden z pierwszych blackmetalowych zespołów, z jakim się zetknęłam. Teraz myślę, że to bardzo dobrze, bo choć „Martwa Polska Jesień” jest agresywna w swojej wymowie i nie szczędzi uszu ani psychiki słuchacza, jest i tak łatwiej przyswajalna niż pierwsze albumy większości klasyków z północy. Jest dość melodyjna, teksty są po polsku, a nad całością unosi się jakaś taka poetycka swojskość, która sprawia, że płyta ta mimochodem wydaje się bliższa i znana. Z utworami takimi jak „Idzie zima” i „Na ciele swym historię mą piszę” album ten plasuje się w czołówce moich ulubionych płyt w ogóle – i to nie jest przesada. W swoim depresyjno-nienawistnym wydźwięku jest też idealny do podtrzymania i przetrawienia nawet największego smutku.

Mgła „Exercises in Futility”

Można powiedzieć, że z każdym kolejnym punktem przechodzimy do płyt bardziej melodyjnych i łatwiejszych w odbiorze. Mgła bowiem – właśnie m.in. z powodu swojej melodyjności – jest bardzo dobrze znana słuchaczom nie tylko metalowej, ale także rockowej muzyki. Przy tym jest to zjawisko niezwykle ciekawe, bo mimo dużej popularności „Exercises in Futility” nie można zarzucić tej płycie kiepskiej jakości i tandetnej przebojowości! To rewelacyjny album, który słusznie i sprawiedliwie przyciągnął do Mgły ogromną rzeszę fanów.

W tym zestawieniu jest na trzeciej pozycji, bo jest tworem doskonałym do stopniowego pozbycia się smutku i nabrania siły. Mówiąc prościej – daje dobrego kopa. W przeciwieństwie do „Det Som Engang Var” nie jest ospały i depresyjnie rozlazły, a zwarty i energiczny. Wokal nie jest obłąkańczy i psychopatyczny, a mocny i dość jednostajny. „Exercises in Futility” to bogactwo chwytliwych, a przy tym szlachetnych melodii i mroku, który nie oplata zabójczą siecią, a jedynie malutką chmurką, którą każdy jest w stanie rozegnać i przejść dalej.


O ciągłej obecności tych trzech płyt w moim życiu, a w zasadzie jego gorszych momentach, nie zdawałam sobie sprawy. Dopiero ostatnim razem, kiedy zesmucona leżałam w łóżku, przebudzona już o 4:00 nad ranem włączyłam Burzum, a YouTube zaproponował mi kolejno Furię i Mgłę pomyślałam – czemu? Przejrzałam historię i okazało się, że gdzie B, tam zaraz F i M. A algorytm głupi nie jest. Wie co robić, żebym go doceniła i polubiła.

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!