Nigdy nie byłam fanką lata, upałów i leżenia plackiem na plaży w stroju kąpielowym. Właściwie to lekko powiedziane. Kiedy tylko nadchodzi pierwsza fala gorąca, zaczynam topić się jak kostka masła rzucona na patelnię! Topi się moje ciało, ale też mózg. Skupienie szybko odchodzi, energii brak i nie wiadomo gdzie uciekać – do pokoju, które w trakcie dnia jest niczym piekarnik czy na zewnątrz, gdzie ostro palące słońce dba o to, by wcale nie było lepiej. Wszystko jednak ma swój koniec. Wraz z połową, a może nawet początkiem września w Gdyni pojawiła się jesień. I był to moment, w którym dosłownie odżyłam. Z tego powodu – choć może niezbyt to oryginalne – opowiem Wam o 5 rzeczach, które jesienią „smakują” mi zdecydowanie lepiej.


1. Śpię jak niemowlak

Ogromny wpływ na mój ogólny nastrój ma sen. Jeśli rzucam się po łóżku jak wesz po grzebieniu i budzę się co najmniej kilkanaście razy w ciągu nocy, jedno jest pewne – nadchodzący dzień będzie kiepski. I bardzo często doświadczam tego w trakcie lata, kiedy upał najzwyczajniej w świecie nie pozwala spać spokojnie. Czuję wtedy, jakby ktoś położył mi kilkukilogramowy kamień na piersi i chuchał na mnie powietrzem z ostro rozgrzanej suszarki. Trudno jest mi oddychać, pot leje się ze mnie strumieniem i nie mogę znaleźć odpowiedniej pozycji – takiej, która zniwelowałaby chociaż odrobinę każdy z tych problemów.

Jesienią jest zupełnie inaczej. Wieczory i noce zaczynają być chłodne, szczególnie we wrześniu, kiedy kaloryfery są jeszcze zimne. Wtedy wskoczenie pod kołdrę i przytulenie się do puchatej poduszki jest jak lekarstwo. Człowiek doświadcza tego słodkiego mrowienia w środku, nazywanego przez niektórych przytulnością i czuje jakby znalazł swoje miejsce na ziemi, gdzie stres i niewygoda nie mają wstępu.

Pierwsze jesienne noce są zawsze cudowne. Śpię wtedy jak niemowlak – otulona po sam czubek nosa. A jeśli się ruszam, to tylko po to, żeby się podrapać, nigdy zmienić pozycję. Bo w takie noce pozycja jest tylko jedna. Niektórzy nazywają ją embrionalną – nogi pod brodę, ręce do ciała, a twarz w puch poduchy. To dopiero rewelacyjny odpoczynek.

2. Wodę zamieniam na herbaty, różne i dużo

Latem, wiadomo, żeby odrobinę zbić temperaturę, najłatwiej jest pić schłodzoną wodę. Choć podobno herbata także wykazuje działanie ostudzające, wakacyjną porą rzadko się na nią decyduję. Chyba tylko do śniadania, żeby nie zapchać się jedzeniem. I to jeszcze w najprostszej postaci – czarną z łyżeczką cukru.

Za to jesienią – rety! Herbata zielona, czerwona, rooibos, mięta. Czarna też, ale tym razem w lepszej wersji, bo z miodem i cytryną, albo imbirem. I piję tego mnóstwo! Naprawdę. Po 5-6 dużych kubków dziennie. Robię to najczęściej z dwóch prozaicznych powodów – dla smaku i aby się ogrzać. Po czasie okazuje się jednak, że organizm odwdzięcza mi się za taką strategię. Staje się odporny na ból brzucha czy żołądka i jest bardziej pobudzony do działania.

3. Pracuję zdecydowanie efektywniej

Jednym z najgorszych momentów, jaki wspominam z pracy w biurze to cholerny upał i wystawiony naprzeciw temu, głośno pracujący wiatrak. Ani to przyjemne, ani pożyteczne, bo czasami zagłusza nawet myśli, a po czasie z niemalże 100-procentową pewnością prowadzi do przeziębienia.

Jesienią, rzecz jasna, ten problem znika. Głowa nie jest już zaprzątnięta tym, że ciału nie jest zbyt dobrze i może w końcu skupić się na tym, co na ekranie. A kiedy wzrok ucieka poza monitor, w stronę okna, nie widzi się już topniejącego asfaltu, a kolory. Widok z okien wszystkich biur, w jakich miałam okazję pracować był zawsze ten sam – blokowisko. Odkąd pracuję w zaciszu własnego pokoju mam tę przyjemność, że nie zerkam już na postkomunistyczne zabudowania, a na naturę w jej najpiękniejszej wersji. Z kolorowymi liśćmi targanymi przez coraz śmielszy wiatr i brązowiejącymi drzewami. To zdecydowanie przekłada się na efektywność pracy, bo czyni ją przyjemniejszą. A gdzie przyjemność, tam większa ochota na działanie.

4. Mam większą ochotę na gotowanie

Wraz z przeprowadzką do Gdyni przeżyłam istną rewolucję kulinarną. W Koszalinie żywiłam się głównie mrożonym, mocno przetworzonym jedzeniem. Stałymi pozycjami w moim menu było: pierogi z mięsem niepodobnym do mięsa, spaghetti, co leżało w plastiku z tydzień i gołąbki ze słoika, które pod względem estetycznym (i smakowym pewnie też) są z lekkością przebijane przez karmę dla psów. Jednak od marca, w co może będzie Wam trudno uwierzyć, nie jem już nic z tych rzeczy! Nic a nic. Wszystko gotuję samodzielnie po wcześniejszym zaplanowaniu. Zupy, gulasze, kotlety, sałatki i surówki.

Jak ma się to do jesieni i jej lepszego „smaku”? Otóż, jesienną porą gotowanie sprawa mi jeszcze większą przyjemność. Z tego samego powodu, co w poprzednich punktach, czyli braku gorąca, który nad kuchenką potrafi „dopiec” człowiekowi jeszcze bardziej. Przy tym wtedy jeszcze chętniej korzystam z korzennych przypraw i większą ilość posiłków opieram na mięsie (a to niestety lub stety bardzo lubię), bo uważam, że o tej porze roku jedzenie ma nie tylko sycić, ale także rozgrzewać.

5. Ćwicząc, nie wypluwam płuc ani nie tracę czucia w języku

Na wykonywanie w miarę regularnym treningów zdecydowałam się jakoś w czerwcu, kiedy pojawiły się pierwsze upały. I jak każdy początkujący, nie wiedziałam mnóstwa rzeczy – czy istnieje najlepsza pora w ciągu dnia na ćwiczenie, czy jeśli temperatura sięga 30 stopni powinnam odpuścić czy jednak nie, czy ilość wypijanej w tym czasie wody powinna być większa. Z czasem rozpracowywałam wszystkie te aspekty, jednak nie zmieniało to faktu, że lato w moim przypadku to po prostu tragiczny czas na bycie aktywnym. Po 40 minutach w miarę intensywnego ruchu czułam jak moje płuca podchodzą do gardła, próbując wydostać się na zewnątrz i uciec w chłodniejsze miejsce, a język? Stawał się tak suchy, mimo pitej wody, że w niektórych momentach zaczynałam się martwić, czy jeszcze kiedykolwiek cokolwiek nim poczuję.

Wiadomo, jako że był to totalny początek, sporą winą można obciążyć moją słabiutką kondycję. Co powiecie jednak na fakt, że kiedy tylko pojawiła się jesień, treningi, nawet te intensywne, stały się tak jakby łatwiejsze i przyjemniejsze? Chłodny wiaterek otulający moje mokre ciało, deszcz ostudzający zaczerwienione policzki i powietrze – nie tak gęste, żeby wieszać na nim siekierę, a rześkie i pachnące naturą. Nie jestem fanką treningów, i pewnie nigdy się nią nie stanę. Ot, robię to dla lepszego samopoczucia po i zdrowia. Mogę jednak szczerze powiedzieć – ćwiczenia wykonywane jesienią da się polubić.


Gdybym się postarała, wyciągnęłabym jeszcze pewnie z kilka rzeczy, które od września stają się wręcz magicznie przyjemniejsze. Na spacery człowiek chętniej wychodzi. Zdjęcia, które, nawet jeśli wykonywane słabym aparatem, są wyjątkowo ładne. No i świeczki, które o tej porze po prostu warto zapalać, dla ocieplenia klimatu. Nie będę jednak tak drobiazgowa. Na tych pięciu poprzestanę i pomodlę się, by Google nie nagrodził mnie statuetką o nazwie „najbardziej banalny wpis w historii bloga”.

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!