Po francuski Alcest sięgam stosunkowo rzadko. Jest to ten rodzaj post-blackmetalowego grania, który najmocniej chwyta mnie za serducho, kiedy jestem zawieszona pomiędzy smutkiem, tęsknotą a niezrozumieniem świata. To coś leżącego dokładnie pomiędzy tą rozpaczą, podczas której słuszny wydaje się tylko rzetelny black metal a przygnębieniem, z którego wyciąga słodki dźwięk pianina lub spokój progresywnego grania. Alcest to środkowy ideał w przestrzeni, z której nie chce się uwalniać, a jedynie w niej trwać – długo, bezszelestnie i z pełną wrażliwością.

Czucie i dopiero potem rozumienie

Z całej dyskografii Alcest największy sentyment mam do „Écailles De Lune”. Podczas pierwszego odsłuchu wszystko w tej muzyce wydało mi się idealne – wokal płynnie przechodzący z niskich tonów w wysokie, nastrojowe, gitarowe zagrywki umiejętnie łączone z blackmetalową mocą i bajeczna estetyka okładki. Wtedy jeszcze traktowałam ten album, jak przedmiot studyjnych lub naukowych badań. Rozkładałam na czynniki pierwsze poszczególne utwory i starałam się upchnąć je w gatunkowo-muzyczne ramy. Dziś, kiedy sięgam po „Écailles De Lune”, analizować tego albumu nawet nie próbuję, bo wiem, że jest to ten rodzaj brzmienia, który prosi jedynie o kilka chwil poświęcenia, samotności i otwartego ducha, by po prostu je poczuć. Poczuć, a dopiero potem zrozumieć. Jeśli jeszcze nie znacie tej płyty, radzę podejść do niej w taki właśnie sposób.

Alcest, Écailles de lune, recenzja albumu

Smutek, nadzieja i światło

„Écailles De Lune” powinno uwielbiać się za smutek rozsiewany z każdą nutą. Za smutek, który w zwinny sposób, z pomocą blackmetalowej perkusji i skrzeczącego wokalu przechodzi w rozpacz, by zaraz potem znów wrócić do gitarowej jedno-melodyjności i delikatnego śpiewu. To mistycyzm, który wywraca do góry nogami całe pojęcie tęsknoty, który ciągnie za powieki i wyciąga spod nich wszystko to, co dzień każe ukrywać. To obraz krainy smutnych wróżek, w której każda tęskni za blaskiem swojego ukochanego księżyca zawieszonego wysoko nad skarpą i wzburzonym morzem. I jest w tej alcestowej melodii pewien patos, który sprawia, że nie jest to muzyka pasująca do każdego co smutniejszego wieczoru, a tylko tego, który owszem, w smutku zdobywa każdy ze szczytów, ale łączy się z jakąś nadzieją, światłem dobiegającym z końca tunelu.

Dwuelementowa różnorodność

I jak w zasadzie każdy z utworów występujący na „Écailles De Lune” można by podzielić na dwie części – postmetalową wirtuozerię i blackmetalową agresję, tak tej samej klasyfikacji można by dokonać na całym albumie, który w swojej początkowej fazie – Écailles De Lune pt.1 i 2 z Percées de lumière (trzy pierwsze utwory) – dryfuje wokół wysp rozpaczy, by w części kolejnej pogłaskać po głowie i zaaplikować tak długo wyczekiwaną dawkę spokoju – instrumentalnym Abysses, pełnym nadziei Solar Song i najsmutniejszym Sur l’océan couleur de fer.

W przypadku Alcest niepowtarzalnego uroku na pewno dodaje sam język francuski, z którego muzycy na szczęście nie zrezygnowali. W połączeniu z barwną w swoim błękicie okładką i szerokim wachlarzem brzmieniowym tworzy ten rodzaj bajki, w której nie powinny zakochać się dzieci, a wrażliwe, zranione dusze pragnące zaznania wszystkich emocji i przełomowego, całkowitego ukojenia.

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!