Amerykanie i Szwedzi umieją w death, Norwegowie w black, a Brytyjczycy w heavy – tak można by podsumować większość książek i dokumentów traktujących o historii muzyki metalowej. Jestem na etapie czytania i oglądania kilku, więc pewnie dlatego podczas ostatniego słuchowiska zastanawiałam się nad tym, czy kraj determinuje muzyczną jakość czy ilość słabych wyjątków jednak ten stereotyp przyćmiewa.

Metal-Archives i jazda?

Rozmawiałam ostatnio z kolegą. Ten stwierdził, że jeśli zespół kilkoma dźwiękami go zainteresuje, w zawrotnym tempie odpala Metal-Archives i sprawdza co i jak jeszcze podczas trwania pierwszego usłyszanego utworu. W tym momencie uświadomiłam sobie, że robiłam dokładnie tak samo – zanim 10% albumu przeleciało przez moje głośniki, ja już wiedziałam z jakiego kraju zespół pochodzi, na jakiej płaszczyźnie działa i ile piw zjada na śniadanie. To dobre rozwiązanie podczas studiowania muzyki, ale czy podczas delektowania się nią?

Muzyka przedmiotem naukowym?

Bo zauważyłam pewną prawidłowość: kiedy słucham muzyki, nie mając pojęcia o tym, kto ją tworzył, gdzie i w jakich warunkach, traktuję ją wyłącznie jak muzykę, jak swoisty twór, jak sztukę samą w sobie, która albo do mnie przemawia albo nie, albo mi się cholernie podoba albo jest dla mnie kolejną dawką nijakości. Inaczej sprawa się ma, kiedy jeszcze przed zakończeniem pierwszego utworu z płyty zdecyduję się na przeszperanie Internetu i poznanie historii zespołu. Jeśli to szwedzki band to już mimowolnie zakładam, że i death metal proponowany przez nich nie może być zły. Norwegia i black metal? To też pewne połączenie, którego nieodłącznym elementem jest rzetelny, prawdziwy mrok podciągający muzykę na wyższą półkę.

Mroczny jak Czerwony Kapturek

W taki sposób, chcąc nie chcąc, sprawiam, że moja opinia zdeterminowana jest choćby krajem, z którego muzycy pochodzą albo rokiem, w którym dany album stworzyli. Nie da się jednak ukryć, że jak irlandzkie piwo może być niesmaczne, francuski ser nie do przełknięcia, tak szwedzki death metal może okazać się niespójny, a norweski black metal mroczny niczym Kylie Minogue w wersji Czerwony Kapturek. I często tak jest, a w ostatnich latach najczęściej, bo black metal w większości przypadków nie jest już domeną ideologicznych świrów pełnych nienawiści i agresji, a death metalu równie często nie tworzą osiedlowi kumple zajarani dobrym blastem, z jednym wzmacniaczem średniej jakości upchniętym w garażu.

Warunki determinują jakość, ale ma to znaczenie tylko w przypadku:
A. ambitnego poszerzania wiedzy,
B. recenzowania albumu,
C. chęci zaimponowania obeznaniem w temacie.

Nie, kiedy priorytetem jest czysta, hedonistyczna przyjemność wynikająca ze słuchania.

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!