Black metalu mogłabym słuchać niemalże o każdej porze dnia, a tym bardziej nocy. Jestem z tą muzyką na tyle związana, że w całym tym moim instrumentalnym usposobieniu stworzyłam dla niej osobne, przytulne gniazdko i wracam do niej, kiedy tylko czuję, że na mojego ducha spada kilkutonowy ciężar. Tak, black metalu mogłabym słuchać niemalże cały czas, ale tylko w jednym, konkretnym nastroju ta muzyka dociera do mnie bardziej niż jakakolwiek inna – w przejmującym, intensywnym smutku pożerającym każdy kawałek mojego ciała i wypluwającym go prosto w czerń rozpaczy.

Będąc w takim właśnie nastroju, podczas jednej ze styczniowych, mroźnych nocy natknęłam się na szwedzki Armagedda i ich ostatni album -„Ond Spiritism: Djæfvvlens Skalder Anno Serpenti MMIV”.

Wraz z jego odtworzeniem nie spodziewałam się zbyt dużo – mówią, że nie warto oceniać płyty po okładce, ale ta na pewno mnie nie skusiła. Jakaś taka zbyt czytelna i uporządkowana mi się wydała jak na solidne, blackmetalowe wyziewy. Tytuł? Też za dużo nie powiedział. Krótko mówiąc, spodziewałam się jakiegoś instrumentalnego, melodyjnego piania dla tych bardziej wrażliwych. Przeciętnego, emocjonalnego, ale w taki delikatny sposób – bez żadnych nastrojowych spadków i wniesień. Idąc za impulsem i na przeciw przeczuciom wcisnęłam „play” i tym wciśnięciem sprawiłam, że typowo mroźna, styczniowa noc okazała się kilkugodzinnym obcowaniem ze złem wcielonym – może nie samym Szatanem, ale na pewno jego bliskim pomagierem.
Najnowszy album szwedzkiego, blackmetalowego zespołu Armagedda o nazwie Ond Spiritism: Djæfvvlens Skalder Anno Serpenti MMIV.Choć „Ond Spiritism: Djæfvvlens Skalder Anno Serpenti MMIV” rozpoczyna się od wolnego, jednostrunowego szarpania, a nie kłębu siarki i szumu to tak przesterowana gitara daje jasny sygnał – będzie blackmetalowo i szatańsko, choć może nie w tak oczywisty sposób jakbyście tego chcieli. I długo na rozwinięcie zapowiedzi czekać nie trzeba, bo już ledwo po minucie gra nabiera odpowiedniego tempa. Wchodzi agresywne kostkowanie, perkusja podkreślająca wyrazistość gitary i wokal – histeryczny, nerwowy i niepohamowany, głaszczący wszystkie obumarłe już nerwy i przywracający je do życia, przeklętego życia.
Zdziwiłam się, kiedy drugi utwór – „Döpt i oheligt vatten” rozpoczął się równie wolno i jednostrunowo, bo po wcześniejszym, sześciominutowym oswojeniu spodziewałam się po prostu srogiego, pozbawionego kompromisu black metalu, i to prosto na twarz. A utwór ten mija w zasadzie w jednym tempie, pozbawionym porywów i charakteru. Podobnie sprawa ma się z „Afsked”. Ale w „Ændalykt” atmosfera przestaje być już tak wylizana. Tempo zdecydowanie się kurczy, klimat gęstnieje, a spomiędzy poszczególnych partii wyłania się najczarniejszy mrok i spowija umysł jak trująca chmura smogu miasto o poranku. Tak, tak lubię, niech to się nie kończy – myślałam wpychając słuchawki w uszy jeszcze głębiej, przygryzając mocno wargi i czując ogień na policzkach mimo że muzyka przyciągała chłód rodem z najmroźniejszych krain. Tak, to mój najbardziej ulubiony utwór z całego „Ond Spiritism: Djæfvvlens Skalder Anno Serpenti MMIV”.

Członkowie szwedzkiego, blackmetalowego zespołu Armagedda

Klimatycznie sprawa ma się podobnie z „Döden styr livet”, ale chyba po to, by przy „Gravgaardspsalm” rozluźnić ciało umęczonego słuchacza, uspokoić jego pobudzone zmysły, pozwolić odetchnąć, może nawet wprowadzić w coś na wzór transu.„Gravgaardspsalm” to trochę jak zegarek dyndający rytmicznie w prawo i lewo przed nosem zapadającego w sen pacjenta, którego zaraz dotknie terapia szokowa w postaci „Afgrundsvisioner” – jednego z najbardziej agresywnych utworów na „Ond Spiritism: Djæfvvlens Skalder Anno Serpenti MMIV”, miejscami naznaczonego nawet blastowaniem. Album kończy się sakralnym akcentem – dzwony, ciche śpiewy z kościelnym pogłosem i cisza.

Armagedda i ich ostatni album –„Ond Spiritism: Djæfvvlens Skalder Anno Serpenti MMIV”?

To nie samo brzmienie jest w nim najlepsze. Owszem, blackmetalowe, mroczne, nawet mroźne i przyprawiające o dreszcze, ale to jak przystawka przed najbardziej smakowitą wieczerzą. Wiecie czemu? Bo z „Ond Spiritism: Djæfvvlens Skalder Anno Serpenti MMIV” przeszłam do „Only True Believers” i „The Final War Approaching”, a Armagedda stała się nie tylko daniem głównym, ale jedną z moich ulubionych blackmetalowych kapel, która podczas smutku towarzyszy mi częściej niż alkohol.

4 KOMENTARZE

    • Jeśli mój tekst rzeczywiście Ci to uświadomił to miło. Wychodzę jednak z założenia, że potrzebę słuchania i obecności black metalu po prostu się czuje lub nie. Nie mniej, Armagedda polecam. 🙂

Zostaw po sobie ślad!