Nie boję się śmierci. Kiedy myślę o tragicznym wypadku samochodowym lub zawale ze mną w roli głównej, nie przechodzi mnie nawet dreszcz. Kilkanaście lat temu myśl o końcu i widok czarnej, nieprzeniknionej pustki paraliżował mnie. Podobnie jak widok włochatego pająka drepczącego po podłodze. Dziś w śmierci upatruję raczej konieczność, naturalny bieg zdarzeń. Czasami ulgę od natłoku obowiązków i parszywości świata.
Zdecydowanie bardziej od śmierci przeraża mnie rutyna. Praca 8-16, codzienne kłótnie, ziemniaki na obiad i mieszkanie w szarym bloku przez 50 lat. Boję się tej rutyny i uciekam od niej najdalej, jak tylko się da. Rezygnuję z pracy, która choć satysfakcjonująca to trzymająca mnie w ryzach. Przeprowadzam się częściej niż kupuję nowe trampki – czasami z konieczności, częściej jednak z własnej woli. Zrywam znajomości jeszcze zanim rozwiną się do przyzwoitego poziomu koleżeństwa. Zniechęcam. Znikam. Szukam. Kombinuję i ryzykuję. Wszystko po to, żeby znaleźć swoje miejsce na ziemi.
Niektórzy nazywają to odwagą. Inni tchórzostwem, a nawet lenistwem. Cóż, żyjąc w taki, a nie inny sposób tracę pewnie mnóstwo rzeczy. Choćby szansę na rozwój w jednej, konkretnej firmie czy zdobycie grona znajomych, z którymi mogłabym spędzać piątkowe wieczory przez najbliższych kilka lat. Nie odpycha mnie to jednak aż tak bardzo, jak powinno. Bo gdzieś na końcu obranej przeze mnie drogi upatruję wolność, zadowolenie i życie w zgodzie z samą sobą. W całości. A czy jest to zgodne z powszechnie akceptowalnym schematem? Przestaję o tym nawet myśleć, co dopiero się tym przejmować.
Co do tego miejsca na ziemi – wierzę, że każdy takie ma. Miejsce, które w całości współgra z tym, jacy jesteśmy. Wieś – spokojną, pełną zieleni i bliską naturze. Miasto – tłoczne, głośne i wypchane wieżowcami po brzegi. Lub coś pośrodku – miasto, ale malutkie i mające w sobie zarówno elementy prowincji, jak i stolicy.
Kilkanaście dni temu, w piątkowy poranek spakowałam plecak z myślą o podróży. Przepracowałam 8 godzin, w międzyczasie kupiłam bilet, a po opuszczeniu biura udałam się na dworzec i z niego, pociągiem, ruszyłam w dal. Miało nie być mnie dwa dni. Nie było jedenaście. Miałam złapać oddech, a wypełniłam świeżym powietrzem całe płuca. Poznałam czym jest spokój, przywiązanie, szczęście i rodzina. Liznęłam tego, co od dawna upatruję jako swoją zawodową przyszłość. Piwa wypiłam więcej niż w ciągu ostatniego roku, a filmów obejrzałam więcej niż przez ostatnie 20 lat. W dzień wyjazdu usiadłam na końcu świata z puszczonymi luźno nogami i ciesząc się słońcem uśmiechałam się szeroko – trochę z radości, trochę z niedowierzania w to, że z wielu rzeczy jestem w stanie zrezygnować. Ot tak. U niektórych wzbudzając niechęć, u innych rysując samą siebie jako wariatkę, nie do końca wiedzącą czego chce od życia. Prawda, jak zawsze, leży pośrodku. Nie jestem normalna, ale od życia dokładnie wiem czego chcę. I sięgam po to. Z mniejszym lub większym ryzykiem, ale co najważniejsze – odczuwalnym skutkiem w postaci szczęścia.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!