Jakiś czas temu napisał do mnie kolega, z pytaniem, które można by nazwać też prośbą. W skrócie – Gram w jednym zespole, właśnie wydaliśmy EP, nie chciałabyś posłuchać i napisać recenzji?
Moja odpowiedź – Panie, recenzji? Ja to mogę co najwyżej ponarzekać na stan polskiego dziennikarstwa muzycznego, wrzucić zdjęcie jajecznicy albo pozachwycać się jakimś wierszem, ale recenzja? Nie umiem i jeśli mam być szczera, nie lubię. Ale jeśli Ci zależy to mogę posłuchać i napisać o tym, co słyszę i z czym mi się to słyszenie kojarzy.
Kolega, wiadomo, zgodził się. Pewnie wychodząc z założenia, że dobre i kilka słów puszczonych w internetowy eter niż nadal trwająca cisza.
To też nauczka dla Was – jeśli chcecie podrzucić mi coś do ocenienia, nie używajcie słowa „recenzja”. To jedno z tych, które wywołuje u mnie niechęć podobną do widoku cebuli w jedzeniu. Nie napiszę, nie zjem.
Przechodząc jednak do sedna, zespół kolegi nazywa się Bitterroot i, jak już zdążyłam wspomnieć, jakiś czas temu wydali debiutancką EP. Uspokoję Wasze duszyczki choć trochę – EP z muzyką metalową. Gdybym jednak miała muzykę Pensylwańczyków sklasyfikować, postawiłabym raczej na doom/sludge niż black/death, co i tak nie jest dokładnym określeniem, bo wpływów jest tam naprawdę dużo i użytych różnorodnie.
Ale po kolei.
Potężnym można nazwać brzmienie. Postarali się, nie nagrali EPki w piwnicy gitarzysty, na kaseciaku jego brata, a pewnie w dobrym studiu. Wszystko brzmi bardzo profesjonalnie.
Co do ekstremy, umówmy się, nagrać cokolwiek, co można by opisać słowem „ekstremalny” zaczyna graniczyć z cudem. Nagrano już za dużo i zbyt dobrych rzeczy, a im więcej się słucha, tym granica coraz śmielej się przesuwa i to, co może kilka lat temu poruszało nasze mroczne serduszka, teraz nie dojdzie nawet do żeber. I to właśnie czuję, słuchając „Sorrowful God”. Wiem, że muzycy nie próżnowali, że pomysł był i chęci, ale gdyby ich EPką trzeba by przewrócić pracę mojego serca, skończyłoby się śmiercią na szpitalnym łóżku. Mroku też w tym za dużo nie ma. A jeśli jest, to raczej w postaci pluszowych nietoperzy niż samego Szatana.
Z „Sorrowful God” jednak da się wyciągnąć kilka ładnych, tłustych pchełek. Choćby riff z „Burial Shroud” czy ładniutki, melodyjny „Solace”.
Gdyby traktować tę EPkę jako zupełnie osobny, samoistny byt, cóż, takie 2/10. Patrzę jednak na to, jak na przyzwoity początek drogi, która bujną roślinnością przy poboczach, różnorodną powierzchnią i ostrymi zakrętami może nas jeszcze zadziwić i zachwycić. Dlatego za BITTERROT trzymam kciuki i cichutko pytam – może by odsunąć się od metalu i spróbować sił w czymś delikatniejszym? „Solace” naprawdę mi się podoba. 🙂
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!