Ze szklanką whisky w ręku, ze skrętem w ustach. Z umysłem otwartym, a pośladkami mocno zaciśniętymi. Z włosami potarganymi przez zachodni wiatr i spojrzeniem przefiltrowanym czarnymi okularami klasy gorszej. Biec przez świat pod jednym hasłem: „rób to, co Cię uszczęśliwia” wpychając za kołnierze innych jadowite węże, które przecież miały być tylko słodkimi pupilami. Pamiętać za wszelką cenę i pamięć tę nazywać przekleństwem. Czucie poniewierać hektolitrami łyskacza i setkami nieznanych ciał.

Hanka poznałam około rok temu. Na pierwszy rzut oka – jeden z tych kalifornijskich fagasów, którzy myślą, że złapali Pana Boga za nogi, a świat należy do nich. Nie wyróżniał się od reszty niczym poza ładną buźką i ciętym językiem. Jego przedmiotowe traktowanie kobiet miało być przynętą sprytnie schowaną za parawanem dowcipu, a wiecznie uszkodzone auto odwzorowaniem spontaniczności i nieprzywiązania do kasy. Na wstępie nic poza cynizmem, cipkami i alkoholem.

hank_moody_photo

Nie ma co ukrywać, większość zapamięta go właśnie w taki sposób. Odrzucą go po pierwszym spotkaniu lub cisną do kosza z odpadkami niewartymi nawet jednej myśli. Z indywiduami tego pokroju tak właśnie jest – albo przyciągają Cię do siebie tak, jak rzep czepia się chłopięcych portek albo odpychają na setki kilometrów. I tego zmienić się nie da.

Potem spojrzałam na Hanka po raz drugi. Dłużej i dogłębniej. Zobaczyłam małego chłopca skrytego za mieszanką zapachu zioła i kobiecego ciała. Takiego, który potrzebuje Jednej i Wyjątkowej, żeby trzymała go za rękę, nakreślała jasno zasady i wyznaczała dobrą drogę. Takiego, co to bez miłości może jedynie tonąć.

Ale czasami bywało i tak, że doroślał. Na jedną chwilę docierały do niego wszystkie prawdy świata. Potrafił zapomnieć o swoim penisie i zauważyć, że życie to nie tylko rzeki niewypitej dotąd berbeluchy osaczone knajpami ze striptizem. Wtedy siadał do maszyny i wypisywał z siebie największe błędy i porażki. Zamieniał swój ból w kolejną powieść wartą pieniędzy każdego amerykańskiego obywatela. To dwie skrajne odsłony, które tworzyły jedną, zagmatwaną postać.

hank_moody_photo_1

Być jak Hank Moody to znaczy mieć swoje przekonania i nie zmuszać się do ich wygłaszania całemu światu, bo nie każdy je zrozumie i doceni. Posiadać szczerą pasję i cel, które pozwalają żyć pomimo wszystkich przeciwności parszywego losu. Nie bać się odmawiać. Nie bać się przyznać do miłości, nienawiści i grzechu. Nie bać się błądzić. Znać materializm i cielesność świata, ale umieć znajdywać w nim duchowość. Pomagać, wspierać, słuchać. Posiadać umiejętność cierpienia w samotności. Nazywać siebie pisarzem i na ten tytuł zasługiwać.

Hank Moody to synonim wielu wartości skrytych za powłoką nieprzyzwoitości. Ja je poznałam i zrozumiałam. A Ty?

PODZIEL SIĘ

2 KOMENTARZE

  1. Zaczynając czytać, wgłębiając się słowo po słowu, po chwili mym oczom ukazał koniec strony, aż szkoda bo noc długa. Byłem ciekaw, jak płeć piękna interpretuję rolę w jaką wcielił się Hank, nie zawiodłem się 😉 Do Californication pasuję jak ulał jeden tekst, akurat też z owego serialu przytoczony przez Moody’ego: „Bardzo możliwe, że tęsknota za czymś w rzeczywistości jest dużo lepsza niż posiadanie tego. Wiesz jak to mówią – satysfakcja jest śmiercią pożądania”. Peace& Love

    • Tekst sprzed ponad roku. Jaki cudem ktosiu na niego trafiłeś? 🙂
      Kiedy sama teraz na niego zerkam wiem, że gdybym napisała go ponownie byłoby dłużej, złośliwie i dwuznacznie. Może dobrze, że jest taki, jaki jest. 🙂 Pozdrawiam!

Zostaw po sobie ślad!