Chyba przesadzam z czytaniem Marii Konopnickiej przed snem. Koszmarów z zawalającymi się pod ciężarem płyt półkami jeszcze nie mam, ale wpływa to na moją dietę – podczas porannej wizyty w sklepie zamiast mleka kupiłam śledzia. Co następne? Tabliczka czekolady popijana Atakiem Chmielu?
Carach Angren  “Dance and Laugh Amongst the Rotten”  recenzjaCo do nowego Carach Angren, jest bajkowo, słodko i tandetnie. “Dance and Laugh Amongst the Rotten” kojarzy mi się głównie z bajkami Disneya. Herkulesem, który podczas walki z lwem nemejskim dostaje cios w brzuch i wyrzuca z siebie wnętrzności. Królewną Śnieżką brutalnie zamordowaną przez krasnoludki i Kopciuszkiem ubranym nie w błękitną, a krwistoczerwoną, obcisłą suknię. Już „Opening” brzmi jak wstęp, podczas którego na ekranie pojawia się zgrabnie rysowane logo Disneya, a dziecko siedzące tuż przed telewizorem zażera się przygotowaną przez mamę porcją popcornu.
To chyba niezbyt zachęcające. Co więc sprawia, że ta płyta przypadła mi do gustu tak bardzo? Otóż, od momentu pierwszego kontaktu z “Dance and Laugh Amongst the Rotten” nie patrzyłam na tę płytę przez pryzmat black metalu. Nie szukałam w niej złowieszczych blastów ani opętańczego wokalu. Nie przejmowałam się poważnymi panami w corpse paint’cie patrzącymi na mnie z płytowej książeczki. Przyjmowałam ją raczej jako pewien koncept, który przy odpowiednim dystansie i wyobraźni może sprawić sporo frajdy ze słuchania. Przy patetycznych wokalu w „Charlie” i plumkających klawiszach w „In de naam van de duivel” zdarzyło mi się nawet zaśmiać – podobnie do momentu, w którym jako dziecko śmiałam się z myszek sprawiających psikusy macosze Kopciuszka.
Czy “Dance and Laugh Amongst the Rotten” jest płytą złą? W swojej technicznej warstwie na pewno nie. Wszystko jest wyraźnie zagrane, symfoniczne wstawki dobrze komponują się z gitarami i perkusją, wokal dryfuje od growlu po deklamację nie nudząc słuchacza. Produkcyjnie nic tej płycie nie można zarzucić. Jednak co do klimatu tworzonego przez CARACH ANGREN, tu pewnie można wytknąć znacznie więcej. Choćby tę słodycz i patetyczność wylewającą się już od pierwszego utworu. I tak to już z gustami jest – jednych ta bajkowość i symfonia zauroczy, innych przyprawi o wymioty. Jedni kupią “Dance and Laugh Amongst the Rotten” i posłuchają jej zajadając się śledziem, inni nawet na tę płytę nie spojrzą podczas rytualnego przeglądania ofert wytwórni. Gdybyście jednak chcieli się do “Dance and Laugh Amongst the Rotten” zbliżyć, proponuję uzbroić się w dystans i poczucie humoru, którego, mam nadzieję, nie zabrakło samym twórcom podczas nagrywania.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!