W opisywaniu muzyki wcale nie chodzi o rozłożenie każdego dźwięku na czynniki pierwsze i podaniu tej analizy na srebrnej tacy przed nosy czytelników.

Kluczem do sukcesu jest chwytliwa historia okraszona porządną dawką emocji – na tym bazuje większość muzycznych pisarzy. Jeśli pokażesz czytelnikowi, że czujesz to samo, co on to wygrałeś. Zwyciężyłeś jego uwagę, rozepchałeś się w jego myślach jak gruba baba w pociągowym przedziale i wytworzyłeś relację, która przez długi czas nie zniknie.

Bo muzyka to emocje, a ta najbardziej ekstremalna działa na mnie najmocniej.

Jestem jak wampirzyca spragniona krwi, którą w dużej dawce zapodaje mi death metal. Jestem jak mucha, która łapie się na wysmarowany słodkimi, zmysłowymi dźwiękami lep. W taki właśnie sposób, na przekór mojemu uwielbieniu do ciężkiego grania, schwytało mnie Coals – duet ze Śląska z anielskim głosem i diabelską zdolnością kuszenia.
Ich muzykę poznałam tak, jak większość niszowych zespołów, podczas przechadzek po YouTubie. Jeden utwór, drugi, trzeci i zatonęłam. Chciałam więcej, a oni tworząc zaledwie kilka numerów pozostawili we mnie taki niedosyt, że nie wiem czy moje oczekiwania na ich pierwszy, duży album nie są jakąś wypadkową ciekawości i niezaspokojenia – niekoniecznie czysto muzycznej chęci poznania.
Jeśli interesujesz się indie rockiem oraz wszystkimi mieszankami elektroniczo-popowymi pomyślisz sobie pewnie, że damko-męski duet bawiący się akustyką i komputerowym przetwarzaniem to żaden cud. Ot, dwójka młodych ludzi chcąca zdziałać więcej niż mogą. Prawdy w tym trochę jest, ale przecież to nie wyjątkowość brzmienia decyduje o sukcesie Coals, a spokój i głębia, które tworzą za pomocą dźwięków jarzących się jeszcze młodzieńczą naiwnością. 
Jeśli jesteś zaciętym fanem jednego rodzaju brzmienia, zatrzymaj się tu na chwilę, zaufaj moim słowom i posłuchaj. Nie spodoba się? Zwrócę odszkodowanie. Ale jeśli polegniesz tak, jak ja to wylądujemy na jednym oddziale w muzycznym wariatkowie. Serio.
Kasia i Łukasz dla mnie tacy właśnie są – młodzi, niewinni, nieskalani komercją, nienaznaczeni zniechęceniem, które czeka na dojrzałych artystów niemalże na każdym rogu. Robią swoje i robią to dobrze, póki co bez oglądania się wokół.

Zdjęcie polskiego duetu Coals wykonującego muzykę elektroniczną

Włączam Shattered Mirrors, a mój pokój staje się jaskinią, w której echo anielskiego głosu Kasi rozpycha się po całej przestrzeni, a z sufitu, jak z wąskiej szczeliny wylewa się blask wchodzącego słońca. Ściany zaczynają drżeć, moje nogi dygotać, a po plecach przebiega przyjemny dreszcz. To jest właśnie to.
Lecę dalej – November. Tutaj już we znaki daje się elektronika podkręcana przez Łukasza. Słodki beat, który wchodzi we mnie lepiej niż wysokoprocentowy alkohol, zmysłowe jęki Kasi remasterowane w taki sposób, by na myśl nie nasuwały żadnej seksualności, a młodzieńczą niewinność dwudziestodwulatki. Nie myślę nawet o czym śpiewa. Liczy się dla mnie dźwięk, tu i teraz, emocja określona brzękiem strun, rytmicznym uderzeniem i wokalem przeciągającym się leniwie jak kot schodzący z pieca po krótkiej drzemce.
Jeszcze jedna – powtarzam sobie i załączam Sting. Oczom ukazują się ich smutne i zamyślone buźki, a płynnie przechodzący beat z pojedynczego w gęsty, z delikatnego w nachalny ściska mój umysł. Czuję się jak niewolnik-masochista okładany batem i zachęcany do kolejnego odsłuchu. Plecy krwawią, dusza płacze, a muzyczny stworek schowany głęboko podskakuje rytmicznie prosząc o więcej. To jest właśnie ekstremalność w delikatności – uzależnienie w przeciągu dwudziestu minut. Utwór kończy spokojny dźwięk, w mojej wyobraźni widziany jako krople deszczu uderzające o blaszany parapet, coraz to wolniej i wolniej.
Dobra, koniec tego bezkrytycyzmu – doprowadzam samą siebie do rozsądku jednym plaskiem w twarz. – pora włączyć live i przekonać się co mają do powiedzenia nie kryjąc się już za internetową kurtyną. Najpierw występ dla KEXP – kurczę, bardzo dobry! Głos Kasi nie różni się niemalże niczym. Choć trochę zestresowana to nadal czaruje, jakby tuż przed występem do ust włożyła gładki kawałek aksamitu i przez niego, jak przez sito przeciągała każdy z dźwięków – długą, muzyczną nitkę oblepiającą spragnioną jej głosu publiczność. A Łukasz? Wydaje się być niezdarny, ale w tej niezdarności niezmiernie uroczy, z palcami sprawnie biegającymi po gryfie i klawiszach. To się dobrali – myślę sobie – jak w korcu maku. Nagrali nawet cover! Moje Miasto Marii Peszek w aranżacji zupełnie niespodziewanej, typowej dla Coals.

Sprawdźcie ten zespół, poważnie, a jeśli nie jest tak dobry, jak mi się wydaje, to powiedzcie mi o tym, bo obawiam się, że w moim przypadku to może być już choroba – osobiste schorzenie o nazwie Coals.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!