Jest muzyka, której odsłuchanie wymaga pewnego nastrojenia. To trochę jak z anteną telewizyjną, której jeśli nie zawiesi się w odpowiednim miejscu, poskutkuje wyłącznie niemożliwym do zrozumienia szumem, mieszanką dźwięków nie wywołujących jakichkolwiek emocji. Są jednak albumy, które nie wymagają niczego, a samą swoją konstrukcją tworzą taki klimat, którego nasze emocje samowolnie nigdy by nie wytworzyły. Tak mam właśnie z Furią i ich najnowszym albumem: „Księżyc milczy luty”.
Nie umiem pisać recenzji. To słowo samo w sobie kompletnie mi nie leży, bo ani moja wiedza względem jakiegokolwiek zespołu nie przewyższa wiedzy przeciętnego słuchacza, ani nie posiadam monopolu na jej szerzenie. Mogę co najwyżej napisać kilka słów na temat odczuć, reakcji i mieć nadzieję, że dotrze to do jakiegoś grona odbiorców, a przy tym nie wywoła u nich raka wielkości wieloryba.

Chcecie wiedzieć co sądzę na temat „Księżyc milczy luty”? Czytajcie dalej.

Niełatwo jest ocenić zespół, do którego ma się ogromny sentyment. I jak obiektywizm sam w sobie prawie że nie istnieje, tak tutaj jest go jeszcze mniej. Nie będę nawet udawać, że jest inaczej. Mam słabość do Furii już od czasów pierwszego natknięcia się na „Martwą Polską Jesień”. Pamiętam, że po przebrnięciu przez Mayhem, Burzum i całą resztę black metalowych bandów stojących na czubku piramidy muzycznego onanizmu, Furia była dla mnie czymś podobnym, a przy tym tak cholernie innym. Oscylowała wokół pokrewnych zagrywek, opierała się na analogicznych zabiegach, ale zalewała mrokiem nie z tej części świata co Norwegowie. Nihil i jego ekipa swoją muzyką podarowali mi to, czego w tamtym czasie akurat potrzebowałam – samotność, gniew i siłę.

Zdjęcie przedstawia wokalistę i założyciela black metalowego zespołu o nazwie Furia

Z „Księżyc milczy luty” sprawa ma się inaczej. Porównanie tego albumu do całej reszty to jak postawienie obok siebie murzyna i białoskórego – to człowiek i to człowiek, ale jednak zdecydowanie się różnią, i to nie tylko kolorem, ale i całą sferą wewnętrzną. „Księżyc milczy luty” a „Grudzień za grudniem” czy „Nocel”? Te płyty są od siebie tak odległe jakby tworzono je w osobnych galaktykach wciągając w płuca zupełnie inne powietrze. Nie wiem czego nawdychali się chłopcy tworząc najnowszy album, ale na pewno fascynacją było im wtedy bliżej do progresywnego grania niż black metalu sprzed prawie 10 lat. Zresztą odnoszę wrażenie, że jakakolwiek próba odwołania się do muzycznej przeszłości ociera się o absurd. Wystarczy posłuchać pierwszego lepszego wywiadu z Nihilem, a dowiemy się, że tak samo obce są mu schematy, jak i troska o reakcję publiki.
Na „Księżyc milczy luty” pokazali jak bardzo mogą i lubią zaskakiwać. Album rozpoczęty utworem „Za ćmą, w dym” – powoli, rytmicznie, perkusyjnie z domieszką pojedynczych, gitarowych dźwięków z czasem przechodzących już w szarpnięcia. I tak, jak to z Furią bywa – ekipa bawi się z nami podsuwając pod nos na przemian element wolny i szybki, lekki i ciężki, co byśmy się nie zanudzili. Na poprzednich albumach melodyjność przeplatała się z siłą w równomiernych i zdolnych do zarejestrowania odstępach. Tutaj mamy do czynienia z totalnym chaosem. Zaskoczeniem był dla mnie wokal o zupełnie innej barwie, niższy, głębszy, czasami wręcz siłowy. To, co wykrzykuje i recytuje Nihil jest kwestią dobrą na osobny wpis. Do minimalizmu ich treści się przyzwyczaiłam, ale do braku ptaków i opętańców? Niezbyt.

Zdjęcie przedstawia okładkę blackmetalowego zespołu o nazwie Furia. Album nazywa się "Księżyc milczy luty".

Linia basowa w „Grzej” i „Zabieraj łapska” zrobiła mnie po całości, przechodziła po mojej skórze jak letni wiaterek, muskając i przyprawiając o dreszcze. Zachowany rytm wprawiał umysł w dziwny trans, który podsycany wrzaskami i instrumentalnym przyspieszeniem doprowadzał mnie do spazmów. Aż miałam ochotę rzucić się na kolana i błagać, żeby Nihil wykrzyczał się póki jest na to pora, a nie torturuje mnie tą ciągłą zmiennością.
Nawiązując do pierwszego akapitu, jest to kawał muzyki, która nastrojenia jako takiego nie wymaga. Słuchałam jej w środku nocy, kiedy za oknem szalała niepohamowana ulewa, w drodze do pracy wciśnięta między śmierdzącą staruszkę a brudną szybę autobusu i podczas popołudniowego odpoczynku. Za każdym razem czułam, że płyta ta dociera tam, gdzie dotrzeć miała i porusza takie emocje, które poruszyć chciała.
Album jawi mi się jako zbieranina porządnych i przemyślanych dźwięków, ale niekoniecznie dobrze połączonych. W niektórych momentach rozpływałam się w muzycznej rozkoszy, by za chwilę unieść ręce ku górze w błagalnym geście i wołać do nieba o pomstę. Jak długo można człowieka torturować? Przez jakieś 43 minuty na pewno, ale spokojnie – cierpienie to bywa słodkie. Nie oceniajcie tego albumu przez pryzmat poprzednich, bo nie warto. Na „Księżyc milczy luty” spójrzcie jak na osobny twór, bo inaczej zagotujecie się w tej swojej zgryzocie.

Facetom na pewno nie można odmówić innowacyjności ani odwagi. Robią swoje, a przy tym nadal intrygują i zachwycają. Nie jeden zespół mógłby im tego pozazdrościć, bo nie każdego stać na taką obojętność, która zamiast wzbudzać powszechne oburzenie, przyciąga. Z drugiej strony, czy Furia nie stała się dość hipsterskim składem w tym małym, black metalowym światku?
PODZIEL SIĘ

4 KOMENTARZE

    • Niektórzy tę dojrzałość cenią, inni nazywają zdradą. Wszystko jest cholernie subiektywne. Dzięki wielkie, że zajrzałeś i przeczytałeś! 🙂

Zostaw po sobie ślad!