Istniał czas, kiedy byłam grzeczna, ułożona i spokojna, a moje sny, choć pełne jakiegoś minimalnego smutku, oscylowały wokół względnie normalnych tematów. Żyłam sobie, od tak, z dnia na dzień, bez większych wzruszeń, ciesząc się każdą podarowaną mi chwilą milczenia. Byłam jak dziecko we mgle, które mimo że na co dzień miało swoje własne Piekło to w tej wizji zła nie widziało nic poza czubkiem własnego nosa. I choć słodka była ta nieświadomość to czułam, że przywitanie ze śmiercią i ciemnością nastąpi już niedługo. Dissection – tak nazywało się moje oświecenie. Przybyli, wciągnęli w otchłań najczarniejszą i zwyciężyli.
„Where Dead Angels Lie” trafiło na mnie jak grom z jasnego nieba, jak zawał u staruszki przechodzącej na pasach, jak niekontrolowany wzwód u znudzonego swoim seksualnym życiem faceta. I wcale nie przesadzam, bo było w tym momencie coś z każdego z tych trzech rodzajów sytuacji. Zaskoczenie, śmierć i odmiana. Czułam się jak okrągła tarcza wisząca na ścianie podrzędnego baru, w którą mrok wycelował jedyną swoją rzutkę i trafił w sam środek, za pierwszym razem. Zdobył mnie. Posiadł. Zdominował. A ja tak, jak niewolnica spragniona nowego i intensywnego, uległam.
Wraz z pierwszymi dźwiękami wstąpiłam na teren, który choć tak bardzo nieznany, przyciągał mnie właśnie swoją innością. Sposób w jaki układały się dźwięki, wokal, który przecież śpiewem nie był, szum, który jak się później okazało, był częścią tej muzyki, a nie jej przeszkodą, teksty opiewające to, co do tej pory wydawało mi się niestosowne – wszystko to tworzyło oryginalność, która intrygowała mnie bardziej niż zdjęcie wyrzeźbionego ciała aktora wiszące na ścianie mojego pokoju (które swoją drogą zdjęłam jeszcze tego samego dnia).

Zdjęcie przedstawiające album "Storm of the Light's Bane" szwedzkiego, blackmetalowego zespołu

Jak można tak szybko grać? – myślałam sobie czekając aż z głośników zaczną rozbrzmiewać kolejne utwory tej mrocznej płyty o odcieniu zmarzniętego fioletu. Czułam się jak dziecko, które dostaje od świata pierwsze dźwięki i musi złożyć z nich całą filozofię następnych lat swojego życia, którego głowę włożono do kadzi ze smołą i kazano oddychać. Wszystko to było takie chore w swoim brzmieniu, niepodlegające żadnym regułom muzycznym, które znałam do tej pory. Wiedziałam, że z każdą kolejną sekundą poświęconą temu zespołowi zniewalam się jeszcze bardziej. To nie była zwykła fascynacja radiowym utworem, ale coś na wzór umowy, relacji, paktu podpisanego z kimś będącym ponad.
Co to w ogóle za logo? – pytałam sama siebie. Miałam wrażenie jakbym patrzyła na przykład użycia innego języka – i to nie takiego, z jakimi mamy do czynienia tutaj, na ziemi, którego jesteśmy w stanie wyuczyć się w ciągu miesiąca, ale nakreślonego ręką samego Szatana, o krzywej kresce widocznej tylko pod ultrafioletem lub przy blasku księżyca w pełni. Czemu jest tak nieczytelne? Pewnie po to, bym poświęciła czas na jego odgadnięcie – gdybała Kasia rzucona w otchłań nieznanego.
Mijały minuty za minutami, godziny za godzinami. Za „Storm of the Light’s Bane” pojawiło się „The Somberlain”, a za nim „Reinkaos”. Włączałam więcej niż była w stanie pochłonąć. Nie dawkowałam tego racjonalnie, a zalewałam się, topiłam, przeżerałam, jak ćpun zasypany kilogramem heroiny. To był dzień, w którym dla świata zniknęłam. Telefon dzwonił, matka dobijała się do drzwi, znajomi krzyczeli pod oknem zachęcając do zagrania kolejnego meczu, a ja po stworzeniu słodkiej wymówki znów wracałam do swojego Piekła. To był dzień, w którym umarła moja niewinność i wewnętrzny urok, a narodziła się ciemność.
Wiedziałam, że to dopiero początek, a przede mną długa i szeroka droga metalu, której pewnie nawet do końca swoich dni nie poznam tak, jakbym poznać chciała. Teraz jestem na etapie względnego zasmakowania tematu oraz lepszego rozumienia tego świata, ale nadal czuję się jak dziecko we mgle, u którego przywitanie ze śmiercią i ciemnością następuje każdego poranka.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!