„Nie chcemy zastąpić dziennikarzy” – oświadcza Google jednocześnie tworząc mechanizm, który w zautomatyzowany sposób będzie przygotowywał informacje prasowe w oparciu o działania robotów. Czytam tę informację i przypomina mi się czas sprzed trzech, czterech lat, kiedy to oświadczyłam wszem i wobec – rodzinie, znajomym, ulubionym nauczycielom w liceum, że swoją przyszłość chcę wiązać z dziennikarstwem. Nie tym internetowym, skupionym na online i clickbitach, ale tradycyjnym, z długopisem w ręku, dyktafonem w kieszeni i w ciągłym biegu za światem. Mało kto ten wybór wtedy rozumiał. Szczerze powiedziawszy, nie wiem czy ktokolwiek. Większość radziła, żeby skupić się na czymś bardziej przyszłościowym – filologii, biologii, nawet informatyce i zostawić za sobą marzenie zarabiania za pomocą pisania. Spokojnie. To nie będzie kolejny moralizatorski tekst, wychwalający wartości i ideały. Nie. Bo oni mieli rację. Po prostu. Dziennikarstwo nie jest słusznym wyborem.
Dziś budzę się i funkcjonuję w świecie, w którym informacja nie jest oceniana przez wzgląd na jej jakość, rzetelność i bezstronność, a szybkość i sensacyjność. W świecie, w którym opakowanie jest ważniejsze niż zawartość, a ta, nawet jeśli wartościowa bez atrakcyjnego pudełka nie ma prawa istnieć. Atrakcyjnego, niekoniecznie ładnego, bo to, czy dany post na Facebooku przyciągnie Twoją uwagę, czy nagłówek artykułu zachęci Cię do czytania nie zależy od jego piękna i dziennikarskiego warsztatu, a tego, w jak dużym stopniu uderza w Twoje prymitywne instynkty i jak skutecznie łechcze Twoją podświadomość. W tym przypadku o pięknie nie może być mowy. Mechanizm jest prosty.

Fotografia jest atrakcyjniejsza od słowa pisanego, zdjęcie cycków zawsze wygra ze zdjęciem płyty CD, a treść wartościowa to treść widoczna, nie schowana w najdalszym kącie szuflady.

I mogą krzyczeć „nie chcemy zastąpić dziennikarzy, ale wspierać ich w pracy”. Mogą zapewniać, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Jakaś część mnie chce w to wierzyć. Bo to przecież trend kształtuje produkt, bo to potrzeba inicjuje kolejne wynalazki. Odbiorcy nie chcą niczego więcej, a kiedy to „więcej” przez przypadek dostają, nie doceniają. Stawiają na równi z bylejakością, a czasami nawet mieszają z błotem. Czy można się więc dziwić, że dostają taką informację i taką rozrywkę? Prostą. Banalną. Prymitywną. Nie dotykającą sedna, a dryfującą gdzieś wokół.
Dziś robot Google wyręcza dziennikarzy w tworzeniu drobnych informacji. Jutro stworzy za nich pierwszy artykuł, pojutrze dorzuci do tego fajne, stockowe zdjęcie, a potem połączy tekst z chwytliwym nagłówkiem i to w taki sposób, że nawet Ty, odbiorco, nie będziesz w stanie rozpoznać czy za treść odpowiedzialny jest informatyczny impuls czy człowiek – wykształcony, doświadczony i empatyczny. Czy więc w tym świecie jest miejsce na dziennikarstwo, którego uczą na studiach i które jeszcze kilkadziesiąt lat temu było jednym z najbardziej szanowanych zawodów świata? Nie sądzę. Jak to mawia mój znajomy – studiowanie dziennikarstwa to jak nauka podkuwania koni. Może przydatna, z tym że wychodzisz na ulicę i co widzisz – rumaki ciągnące dorożki czy sznur samochodów?
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!