Dziesiątki nieudanych imprezowych zdjęć, na których zostaliśmy oznaczeni, setki niezbyt wyszukanych komentarzy i postów, które zagnieżdżone w naszej tablicy po dłuższym czasie przyprawiają nas o zawstydzenie, filmiki powstałe pod natchnieniem chwili, które teraz już nie wydają się tak zabawne i ”znajomi”, których prawdopodobnie nigdy nie widzieliśmy – tym mogą szczycić się fejsbukowe profile większości z nas. Z reguły nie przywiązujemy do tego wagi, ale nasuwa się jedno pytanie – kiedy przekraczamy magiczną granicę chroniącą naszą prywatność i to wyłącznie z własnej woli?

Nieświadome obnażanie

Sobotni ranek, kilka godzin temu wróciłeś ze świetnej imprezy – tak piszą znajomi, bo Ty w sumie to zbyt dużo nie pamiętasz. Po wstępnym ogarnięciu swojego zmarnowanego ciała odpalasz fejsbuka, i co widzisz? Kilka zdjęć z wczorajszego wieczoru dopełnionych soczystym komentarzem. Nie zwracasz większej uwagi na to, że zdjęcia nie są korzystne, a wręcz nasuwają niezbyt pochlebne epitety, co do Twojej osoby. Pozostawiasz jednak sprawę tak, jak jest. Niech będzie. Właśnie zaliczyłeś pierwszy stopień nieświadomego obnażenia!
Jesteś na wspaniałych wakacjach w Hiszpanii, we Francji, na Madagaskarze – gdziekolwiek. Słońce nieprzerwanie ogrzewa Twoje ciało, w ręku trzymasz ulubionego drinka lub ciastko i czujesz się niesamowicie. Czemu by więc nie podzielić się tym ze znajomymi? Bierzesz do ręki swoje centrum mobilności i robisz zdjęcie szerokiego uśmiechu w tle mając piękne morze lub ocean. Kilka muśnięć ekranu palcem i już, teraz wszyscy będą wiedzieć gdzie jesteś, z kim i jak się czujesz. Co więcej, pewnie będą Ci zazdrościć. W tym też momencie ograniczyłeś zasięg swojej prywatności w imię uciszenia krzykliwego ego.
Właśnie skończyłeś szkołę średnią. Za Tobą matura i zdany egzamin na prawo jazdy. Wszystkie cele jakie postawiłeś sobie w ostatnim roku nauki zostały osiągnięte. W jednej ręce trzymasz papierek świadczący o Twoich nie najgorszych wynikach maturalnych, a w drugiej ten udowadniający wszystkim, że teraz już możesz prowadzić auto i nikt nie nazwie Cię zagrożeniem dla ludzi. Szkoda jednak, że wiesz o tym tylko Ty i Twoi rodzice. Odkładasz więc dowody na biurko, a chwytasz po telefon. Szybkie kliknięcie i nie najgorsze zdjęcie już znajduje się na Twoim profilu. Teraz będziesz mógł zbierać pod nim gratulację i wszelkie tego typu komentarze. W imię przechwałek odepchnąłeś prywatność na dalszy tor.

Ale co w tym złego?

Na pierwszy rzut oka nic. To przecież tylko fragment naszego życia pokazanego znajomym. I wszystko byłoby jak najbardziej w porządku, gdyby działania te miały w sobie choć odrobinę rozsądku i świadomości. Nie trzeba przecież upubliczniać każdego aspektu życia, każdego potknięcia, wzlotu czy lotu. To jak wystawianie siebie na talerzu i to z listkiem pietruszki w ustach.

Czym może to skutkować?

W rozmowie z pewnym mądrym panem dowiedziałam się, że pracodawcy lubią przeglądać nasze społecznościowe zakątki. I kiedy na rozmowie kwalifikacyjnej mówisz, że jesteś człowiekiem spokojnym i ułożonym, bo te cechy byłyby mile widziane, a na fejsbukowych zdjęciach szalejesz w przebraniu królika to jednak pracodawca może sobie pomyśleć, że coś jest nie tak.
Przykład drugi, poznajesz kobietę lub mężczyznę. Pierwsza rozmowa przebiega wyjątkowo dobrze, bo nie potknąłeś/potknęłaś się w swoich czarownych kłamstwach. Spotkanie dobiega końca. Obiekt zainteresowań po wejściu do domu zaczyna od przejrzenia Twojej internetowej działalności. I co się okazuje? Fejsbuk pokazuje zupełnie co innego. Zaczynają się wątpliwości. Kiepska sprawa.

Jakie więc wnioski?

Zacznijmy myśleć nad tym, co i jak umieszczamy w Internecie lub ograniczajmy kłamstwa. Fejsbuk mówi o nas więcej niż jesteśmy w stanie sobie wyobrazić. Dla udowodnienia możecie odnaleźć początki swojej tablicy, w imię pracy nad cierpliwością również, i uświadomicie sobie, że byliście zupełnie innymi ludźmi. I to wyłącznie po tym, co w tamtym czasie udostępnialiście.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!