Bywam ostatnio na takiej ilości koncertów, że brak mi czasu na ich opisanie – czy to pierwszy krok do uzależnienia? Oby nie, bo przy obecnym natłoku eventów nietrudno byłoby o śmierć z wyczerpania. Lub głodu, bo portfel studenta nigdy do pełnych nie należy. Jednak na Furię, tym bardziej, że koncert odbył się w niedalekim Koszalinowi Szczecinie, drobne trzeba było wykrzesać, buty wypastować i ruszyć tak, by na pewno zdążyć.

Wyjazd na koncert bardzo często pełni rolę odpoczynku od wypełnionej szarością codzienności. Nic więc dziwnego, że i do Szczecina wybrałam się dzień wcześniej i dzień później z niego wróciłam, ciesząc się wolnym czasem, pogodą i świetnym towarzystwem.
Miasto średnio jest mi znane, więc K4 (klub, w którym odbył się koncert) tym bardziej. Na pierwszy rzut oka, zabita dechami, ceglasta nora, w której śmieci walające się po podłodze, ciężki zapach dymu papierosowego i przeszywający chłód to norma. Po wejściu okazało się, że przeczucie mnie jednak myliło. Owszem, dymu tyle, co w niejednym pubie, wiatr czasami zawiał gwałtownym podmuchem, ale panował względny porządek pod kątem organizacji, było sporo przestrzeni do przyszłych harców i bar, a to chyba najważniejsze, nie? W dodatku klub umiejscowiony jest z kilkanaście kroków od głównego dworca PKP, więc automatycznie odpada problem z dojazdem. Jeśli ktoś wpada i wypada z miasta tego samego dnia to tym bardziej korzystne.

The Throne – mistrzowie nijakości

Kiedy wdrapałam się do sali, publikę, jako pierwszy support, próbował rozgrzać szczeciński The Throne. „Próbował” to świadomie użyte słowo, bo muzycy nie mieli w sobie za grosz energii, uderzali w te struny, jakby zaraz mieli zemdleć, a wokalista, mimo najszczerszych chęci i starań, wydawał z siebie wrzaski, które ani przez chwilę mną nie pomiotały. Przeciętnie, po prostu przeciętnie. Metalu było w tym niewiele, progresywnego grania w zasadzie też, a całość była tak miałka, że wchodziła jednym uchem, drugim wychodziła, nie zostawiając w przestrzeni pomiędzy ani drobinki kurzu. Ponoć wydali nową płytę. Tuż przed wyjazdem próbowałam ją przesłuchać. I przesłuchałam, ale ile z niej zapamiętałam? Chyba już sami wiecie.
Po pierwszym występie jednak czuło się w powietrzu, że nagłośnienie nie zawiedzie. A na pewno nie tak, jak to było tydzień wcześniej na Immolation i Vader w „Słowianinie”, gdzie jedynym, co usłyszane była cholernie głośna, nieczytelna, drażniąca ściana dźwięku. Tutaj każdy instrument miał swoje miejsce, słyszany był według ustalonej wcześniej hierarchii i dawał satysfakcję zarówno muzykom, akustykom, jak i słuchaczom.
Zanim na scenę wszedł drugi support, poznański Mordhell, minęło sporo czasu. Tyle, że zdążyłam zrobić kilka rund po klubie, obejrzeć dostępny merch (który swoją drogą był dość słaby), przywitać się ze znajomymi i jeszcze wystać się pod barierkami, obserwując przybyłych zapaleńców. Choć może zapaleńców to za dużo powiedziane, bo widać było, że spora część z obecnych tam młodych z metalem za pan brat nie jest. Podejrzewam, że to ostatnia płyta Furii mogła okazać się takim magnetyzmem. W końcu nie brakowało tam wolnych zagrywek ani bluesowo-progresywnych wstawek, które nawet sweterkowym paniom lubiącym piwo z sokiem mogły się spodobać.

Mordhell – blackmetalowa miazga spod znaku odwróconego krzyża

Przechodząc jednak do koncertu, kolejni na scenie pojawili się poznaniacy z Mordhell. Blackmetalowa horda, która samym swoim wizerunkiem mogłaby doprowadzić niejedną staruszkę do zawału – kilogramy łańcuchów opiętych wokół ramion i klatek piersiowych, odwrócone krzyże na piersiach, ćwieki, gwoździe, obroże, corpsepaint i maski. Jednym słowem, wszystko, czego po blackmetalowym wyglądzie można się spodziewać.

Mordhell Szczecin K4

Następna banda przebierańców – pomyślałam sobie i uśmiechnęłam się, nie szczędząc na cynizmie. Widywałam już takie zespoły – choćby bydgoski Dagorath podczas występu z Above Aurora. Wystarczył jednak pierwszy zagrany utwór, żebym zdanie szybko zmieniła, bo faceci grali naprawdę dobrze. Była moc, była nienawiść, a przy tym wyrażona za pomocą umiejętnej obsługi instrumentów, nie tępego rzępolenia, bo ustalmy jasno – do tworzenia black metalu, wbrew pozorom, też potrzeba większej wiedzy i sprawności niż szarpnięcie za kilka tych samych strun przez cały czas trwania utworu. Mordhell dali naprawdę fajny koncert, który minął szybciej niż podróż do Szczecina i występ The Throne razem wzięte. Co więcej, zachęcili mnie do poznania swojej dyskografii, a o to przecież chyba w tym koncertowaniu chodzi, nie?

Furia – gwiazda wieczoru jaśniejąca mrokiem

Zanim miejsce Poznaniaków zajęła Furia, w sali zrobił się porządny tłok. Ludzie wciskali się w najmniejsze, pozostawione między sobą szpary i zajmowali miejsce na swoje szeroko rozstawione ramiona – filmik na YT przecież nagrać trzeba, tym bardziej, że Furia teraz znacznie chętniej oglądana i słuchana niż to było kilka lat temu to i łapki w górę zgadzać się będą. Ciśnienie wzrastało, powietrza brakowało, oddechy stawały się coraz cięższe. Jeszcze chwila i ludzie gotowi byliby w chórku wywrzaskiwać nazwę zespołu i rytmicznie uderzać o barierki, wywołując ich na scenę. Furia jednak pojawiła się w najbardziej odpowiednim momencie i wygrywając pierwszy riff z „Są to koła” uspokoiła zebraną publikę, jednocześnie jej pragnienia podsycając.

Furia Szczecin K4

Jest w muzyce katowiczan coś takiego, że albumy słuchane w domowym zaciszu niszczą totalnie swoją tajemniczością, rozpaczą, czasami nienawiścią, ale na żywo wypadają równie dobrze i nie tracą ani za grosz na stworzonym do tej pory klimacie. Niosą ze sobą ten sam ładunek emocji, miotają ciałem i duszą z takim samym wyrafinowaniem za pomocą każdego kolejnego riffu wyszarpanego przez Nihila, w tym przypadku z „Zamawianie drugie”. Trzeba jednak przyznać, że Furia w ostatnim czasie zmieniła się. Może za sprawą udzielanych wywiadów Nihil zrzucił z siebie maskę totalnego mizantropa i samotnika? Na scenie rusza się więcej, bije od niego jakaś śmiałość i choć nadal emanuje poczuciem lepszości od otaczającego go świata to jest w tym mniejsze skurwysyństwo niż do tej pory.
Gdyby podsumować zagrany przez Furię set, był w co najmniej 75% powtórzony z grudniowego koncertu na Metalowej Wigilii. Nie zabrakło „Ciała”, „Zabieraj Łapska” ani tym bardziej „Kosi ta śmierć”, który okazuje się jednym z najbardziej porywających publikę utworów. Nic dziwnego, riff i solowe zagrania są tak chwytliwe, że włosy rzucają się na wszystkie strony nawet bez headbandingu. (Zobaczcie i posłuchajcie sami, link do nagrania na samym dole!)
Sobotni koncert można zaliczyć do grona tych o podziemnym, kameralnym klimacie. Było przytulnie, a przy tym nie brakowało energii, bo publika, mimo że nie wykonywała przesadnych skoków, emanowała energią wyczuwalną w każdym kącie sali. Supporty spisały się najlepiej, jak potrafiły, a katowicka ekipa po raz kolejny pokazała, że wiedzą dlaczego i po co na tej scenie się pojawiają. W przyszły weekend Metalmania. Jeśli tylko szczęście dopisze, a obowiązki nie przygniotą, zobaczę Furię po raz trzeci i po raz kolejny się tą grą zachwycę.

 

PODZIEL SIĘ

1 KOMENTARZ

Zostaw po sobie ślad!