Jestem zwierzęciem sentymentalnym. Ciągnie mnie do tego, co pierwsze i po raz pierwszy. Lubię klasykę, cenię tradycję, nie mierzi mnie starość. Ubolewam nad powszechnością Instagrama, Facebooka i gier typu MOBA, ale gdyby mnie tego pozbawiono to pewnie zadźgałabym się tępym widelcem. Postawię sprawę jasno, nowoczesność wadzi, ale tylko dlatego, że bezwzględnie wypiera to, co narodziło się niedawno.

Kilka dni temu na stronie magazynu muzycznego Kvlt ogłoszono, że Katatonia – szwedzki zespół metalowy, planuje na ten rok trzy koncerty w Polsce. Pod informacją zamieszczono utwór promujący ich nowy album. Z komentarzy zionął entuzjazm słuchaczy, a jedyne co uchodziło ze mnie, to powątpiewanie, sceptycyzm i myśl, że poszłabym, ale gdyby to były lata 90., a płytę kupiłabym, gdyby była doom metalowa – nie rockowa.

Nowoczesność dotyka również zespoły metalowe. Rodzą się jako mroczni, zdeterminowani, naturalni a kończą krótkowłosi, komercyjni, dzieląc publiczność z artystami popowymi. Innego wytłumaczenia niż nowoczesność znaleźć nie potrafię lub nie chcę. Od lat 90. odrobinę się pozmieniało. Dostęp do muzyki nie jest już w żaden sposób ograniczony, słuchacz rozwinął swój gust i wymaga znacznie więcej. Twórcy borykają się z dylematem – zmienić kierunek i zachować publiczność czy pozostać przy swoim z nadzieją, że prawdziwi fani ich nie opuszczą.

Problem ten najlepiej obrazuje historia trzech zespołów doomowych – Anathemy, wcześniej wspomnianej Katatonii i My Dying Bride. Powstały w roku 1990 i 1991. Nagrali swoje pierwsze i jednocześnie debiutanckie albumy, a potem wyruszyli w trasy koncertowe.
Po kilku latach Katatonia i Anathema zmieniają plan i zaczynają grać tak zwanego atmosferycznego rocka. My Dying Bride mimo wszystko pozostaje w klimacie doom–death. Każdemu z nich udało się przetrwać na scenie, ale jednak w inny sposób i za inną cenę.

Opinie słuchaczy są oczywiście podzielone. Jedni twierdzą, że nie wolno się ograniczać i muzyczne eksperymenty zawsze wychodzą na dobre. Drudzy powiedzą, że prawdziwa pasja odzwierciedla się w wytrwałości i wierności wobec danego gatunku. Ja nieskromnie zaliczam się do typu drugiego. Dlatego z sentymentem, co najmniej kilka razy w miesiącu oglądam koncerty z lat 90., z Krakowa i z rozdartym z żalu sercem pytam sama siebie dokąd zmierza świat.

Sami posłuchajcie:

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!