Najpierw były pierwsze koszulki z logo metalowych zespołów, później glany, pieszczocha, czarne spodnie z gustownym łańcuchem, a dopiero na końcu ramoneska. I jak pierwsze elementy – koszulka, buty, ćwieki i spodnie dały mi zaledwie minimalne poczucia dołączenia do metalowego bractwa, tak ramoneska zmieniła całkowicie moje samopoczucie! Dodała mi siły, dodała brzydkiej powagi i ciut za dużo arogancji wobec świata. Uczyniła mnie mroczną, nieprzystępną dla ludzi i buntowniczą. Co warto zaznaczyć, nie dostałam jej od starszego brata, nie rozerwałam na koncercie ani nie obszyłam czarno-białymi naszywkami. Przez kilka lat użytkowania prawdopodobnie ani trochę się nie zmieniła. I choć prawdopodobnie świadczy to o jej mdłej przeciętności, dziś postanowiłam poświęcić jej osobny wpis – ramonesce małego, zatwardziałego metalucha, jakim bez wątpienia byłam. I to jeszcze całkiem niedawno.


Gdzie ją zdobyłam?

Ku rozbawieniu i politowaniu ze strony niektórych z Was – swoją ramoneskę kupiłam w sklepie internetowym RockMetalShop. Ku rozbawieniu mnie samej – pod wpływem chwili kupiłam wersję męską, która mimo najmniejszego rozmiaru z dostępnych leży na mnie jak worek, i to pełen kartofli. I powiększa moje barki do rozmiaru, którego nie powstydziłby się niejeden gość z siłowni. Cena, z tego co pamiętam, wynosiła około 500 zł. Nie mam pojęcia skąd wzięłam wtedy na to pieniądze, kiedy dopiero zaczynałam pracę w swojej branży, ale fakt, że wydałam na nią wszystkie swoje oszczędności sprawiał, że uwielbiałam ją jeszcze bardziej.

Jak ją traktowałam?

Przez pierwszy tydzień oglądałam ją z podekscytowaniem, kiedy wisiała na drzwiach szafy w wynajmowanym pokoju. Po upływie siedmiu dni zaczęłam ją pieszczotliwie głaskać i całować na dzień dobry. Ani przez myśl mi nie przeszło, by zostawić ją w jakiekolwiek szatni, bo co gdyby ktoś ukradł? List gończy by się przecież nie sprawdził.

Tak, kradzieży i w ogóle – tego, że zniknie bałam się bardzo.

Jednak około roku po zakupie ta delikatność zniknęła, a kurtkę traktowałam jak ubranie bojowe. Układałam ją na dworcowych posadzkach i przesypiałam na niej długie godziny między pociągiem jednym a drugim. Nie zdejmowałam po wejściu na koncert, przez co nabijałam się nią na różnego rodzaju ćwieki i ocierałam barierki ustawione tuż przy scenie. Nie czyściłam jej, nie perfumowałam i nie umieszczałam na wieszaku, a wpychałam na upór do szafy, która w drugim wynajmowanym przeze mnie pokoju była bardzo mała. W kieszeniach kurtki prawdopodobnie kryją się jakieś nieodkryte przez świat zarazki i mnóstwo długopisów, które chowałam, wybierając się na egzaminy i nie chcąc zabierać plecaka. Bo w sumie żaden plecak mi do tej ramoneski nie pasował. Nie w estetycznym, a w „czuciowym” względzie. Bez bagażu, a z ramoneską na plecach czułam się bowiem jak leśny wędrownik, odważny i wolny ptak w miejskich przestworzach.

Choć doskonale wiem, że niektóre ramoneski mają życie niczym w szeregach Legii Cudzoziemskiej, mimo to tej mojej też troszeczkę współczuję. Miała taki wojskowy standard, jaki byłam jej w stanie zaoferować. Mając 158 cm wzrostu, dość mizerną sylwetkę i wrodzony szacunek wobec rzeczy i ludzi.

Gdzie ze mną była?

Los chciał, że zakup ramoneski pokrył się z rozpoczęciem mojego aktywnego koncertowego podróżowania. Była więc ze mną na każdym gigu, na jakim miałam okazję być – niezależnie od pory roku i pogody. Wchłaniała mój pot latem i mroziła się razem ze mną zimą. Gniotła przebiśniegi, kiedy zachciało mi się spocząć na kwitnącej łące i taplała się w jesiennym deszczu. Liznęła zarówno death, jak i black metalu. Poznała czym jest heavy, thrash i najróżniejsze, nawet najbardziej dzikie mieszanki w obrębie gatunku. Widziała też Strachy na Lachy, Besides i pewnie z kilkanaście innych zespołów-supportów, których nazw już w tej chwili nie pamiętam. Na piątkowym koncercie Riverside jednak nie była. Dlaczego?


To pytanie to idealny wstęp do pewnego wyznania, które zatytułowałabym hasłem „Zamieniłabym ramoneskę na płaszczyk”. I może zatytułuję – tworząc kolejny wpis, w którym opowiem Wam, dlaczego zrezygnowałam z noszenia ramoneski i tym samym odjęłam sobie ogromną ilość punktów od metalowego wizerunku.

Tymczasem muszę przyznać, że przeżyłam z tą kurtką zarówno piękne, jak i gorzkie chwile. Była moją towarzyszką w trakcie buntowniczego i niestabilnego okresu w życiu. Widziała niejedną łzę, ale też niejeden uśmiech. Ten jej paskudny, skórzany zapach (nawet z upływem lat go nie polubiłam, co najwyżej nauczyłam się tolerować) potrafię przywołać w myślach, i to z marszu. Trochę jak perfumy ukochanego chłopaka. Fajna była.

I jest, bo przecież nadal mam ją w szafie. Wisi na najpiękniejszym wieszaku, jaki posiadam. Zabiera więcej miejsca niż wszystkie moje koszule razem wzięte. I jest niepodważalnym dowodem na istnienie sentymentu, który czyni ze mnie dobroduszną, wrażliwą i wspominkową kobietę.

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!