Wczorajszy dzień spędziłam w Szczecinie. Impurity Death Fest vol IV – taki był cel podróży.

Występ pierwszego zespołu (DEPRAVITY) przegapiłam. Winę zwalam na lekko spóźniony obiad i zdecydowanie za dobre pierogi, które trzymały mnie przy talerzu dłużej niż powinny.
Drugi band za to, EXPULSED ANGEL, oglądałam i słuchałam bardzo uważnie. Przyzwoity black/thrash, jaki zna każdy, kto w życiu natknął się choć raz na Sarcofago czy Desaster.
Głośno, z należytą siłą i zezwierzęceniem. Technicznie? Cóż, bardzo średnio. Perkusista uderzał w bębny jak dziecko, któremu podsunięto garnki i włożono między palce dwa patyczki. Ale chyba nie o technikę tego wieczora chodziło, a o hałas i emocje – a tych nie brakowało.
Kolejny zespół, szczeciński UNDERTAKER, pokazał odrobinę więcej pomysłu i umiejętności. Było bardziej deathowo niż blackowo, wokalnie ciekawie, bo zróżnicowanie i choć zespół na koncie ma zaledwie dwie demówki, wypełnił swój 35-minutowy set przyzwoicie, dając czas zarówno deathmetalowej pralce, ale i intrygującym, instrumentalnym wygibasom. Bujało też jakby bardziej.
Za to co do WARFIST… Nie mam słów. Zielonogórscy, oldskulowi wyjadacze już pierwszymi dźwiękami rozstawili resztę po kątach. Pokazali kto dopiero za ten metal chwycił, jedną stopą depcząc jeszcze w pieluchach, a kto ten metal doskonale zna, żyjąc nim nie tylko od święta i tykając nie tylko jego powierzchni.
Zagrali rewelacyjnie. I przekrojowo, bo pojawiły się najlepsze kawałki z „Metal to the Bone”, z nowiutkiego splitu z Excidium, ale także debiutanckiego albumu: „The Devil Lives in Grünberg”. Biła od nich niesamowita energia, która nawet mnie, człowieka raczej oszczędnego w ruchach, pociągnęła w stronę szaleństwa – udowodnionego zresztą masą groźnie wyglądających siniaków.
Ostatni występ – niemieckiego LIHHAMON docierał do mnie już odrobinę słabiej. Zmęczona całym dniem postanowiłam posłuchać ich, stojąc spokojnie na końcu sali.
W kilku słowach – było zdecydowanie blackowo, najbardziej ze wszystkich poprzednich bandów, i to zarówno muzycznie, bo fajne piski i skrzeki, jak i wizerunkowo, bo gitarzysto-basiści-wokaliści wyszli w starannie wymalowanym corpse paintcie. Fanom Archgoat muzyka Niemców na pewno przypadłaby do gustu. I ja, choć Archgoat bardzo lubię, a do Lihhamon byłam pozytywnie nastawiona, po trzech utworach, które jednak nie za mocno rwały za włosy, ani tym bardziej za serducho, znużona zajęłam miejsce przy szatni. Czuję jednak, że kiedy posłucham LIHHAMON w pokojowym zaciszu, dostrzegę w nich więcej dobrego.
Cóż, wychodzi na to, że wczorajszy IMPURITY DEATH FEST był kolejnym przykładem na to, że kameralny koncert, z niewielkim klubie, z niewielką publiką może pokonać nawet najlepiej przygotowany koncert największej gwiazdy.
Ludzi było niewiele, ale wśród nich sporo znajomych, z którymi można było milutko porozmawiać i zbić piątkę. Zespoły, choć nie sypały ze sceny konfetti, a na jej deskach nie urządzały scen pirotechnicznych, pokazały klasę i miłość do granej przez siebie muzyki. K4 za to, mimo że klubem jest niewielkim, ma świetny klimat, który takiej muzyce jak najbardziej sprzyja. Wszystko rewelacyjnie się dopełniało – mówię ja, tak obolała, że ledwo mogę ruszyć się z kanapy i tak ogłuszona, że nawet muzyka współlokatorki niespecjalnie mi przeszkadza. Jestem więc mega z tego koncertu zadowolona!
Kto nie był, niech żałuję i w swoje plany wpisze choć jeden metalowy gig w szczecińskim K4, a kto był, temu piątka! I do zobaczenia następnym razem.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!