Pewne momenty naszego życia wrzynają się w pamięć jak nóż w miękkie jelita i nie wyjdą z nas nawet gdybyśmy bardzo o to prosili. Pojedyncze chwile z kilku ostatnich dni rozpychają się w myślach, jakby już dawno temu zarezerwowały sobie tam miejsce i tylko cierpliwie czekały aż los wszystko dopełni, jak marną przepowiednię zapisaną na zmiętym papirusie. Taki był ten weekend – cudowny, ale koszmarny, niepowtarzalny, ale proszący o zapomnienie. Mieszanka najbardziej skrajnych emocji zamkniętych w dwudniowym wyjeździe pod tytułem „Inquisition i Rotting Christ”.
Sam podróż była nie lada wyzwaniem, bo jestem człowiekiem wielbiącym swoje cztery kąty i ceniącym tę prywatność bardziej niż osobisty wydźwięk zabawek erotycznych czy ręcznika w łazience. Gdyby nie silna wola i świadomość tego, jak istotny jest rozwój samej siebie pewnie podarłabym bilet na pociąg jeszcze czwartkowego wieczora, kiedy wyjście z pokoju wydawało się wyprawą stulecia, a łóżko najbezpieczniejszym miejscem na calutkim globie. Ale udało się.

Początek końca

Piątek, punkt 6:30 wstałam z łóżka i po szybkim spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy i ogarnięciu samej siebie z sennego jeszcze amoku wyszłam z domu. Czułam się jak żołnierz z ciężkim załadunkiem na plecach, zmierzający na ostatnią batalię z dumą na twarzy, ale strachem na ramieniu. Wszystko, co mijam każdego dnia wtedy wydawało się być rzeczą, którą zobaczę w życiu po raz ostatni. Tak, jakby wejście do pociągu równało się spaleniu za sobą wszystkich mostów, jakby gwizd odjeżdżającej maszyny miał zrównać z ziemią pozostawiony za sobą Koszalin.
Po przeszło siedmiu godzinach męczącej, ale dość przyjemnej podróży wysiadłam na stacji Warszawa Centralna. Nie byłam w tym mieście od wielu, wielu lat, a że było mi tak obce to mogłam jasno stwierdzić co mnie w nim przeraża, a co fascynuje. I wiecie co? W dyskomfort wprawił mnie pośpiech ludzi. Jakby wiedzieli, że o 15:30 ich życie dobiegnie końca, a torba, którą trzymają kurczowo w rękach była załadunkiem zdolnym uratować przed zagładą ich i cały świat. Biegli nie patrząc za siebie ani wokół, zdolni staranować mnie i wepchnąć pod nadjeżdżający tramwaj. Z drugiej strony, w zachwyt wprawiła mnie mnogość wszystkiego – pojazdów, sklepów, postaci tak różnych, że gdybym chciano umieścić ich specyfikację oraz historię na papierze to nie wiem czy Biblioteka Narodowa byłaby w stanie zapewnić tyle miejsca.
Wstępne zapoznanie się z miastem, wieczorny spacer po centrum stolicy w deszczu i świetle latarń, kilka piw wypitych w obskurnym barze z wzrokiem bacznie skaczącym po każdej nieznanej twarzy obecnej w tym samym pomieszczeniu. Wszystko to przemijało pod hasłem ogromnej ciekawości i czujności, zachłanności wszystkiego co tylko mogło pozostawić we mnie nieodwracalny ślad. Chłonęłam zapach Warszawy tak, jak spragniony nałogowiec wciąga dym pogniecionego papierosa wyciągniętego z ciasnej kieszeni. Wszystko to było dla mnie czymś nowym, czymś godnym zapamiętania, nawet jeśli miałoby mnie tym swoim zapachem zadusić i pozostawić martwą na chodniku Nowego Świata.

Nowe i intrygujące

Sobotni poranek nie był łatwy, i to nie za sprawą samego alkoholu wypitego kilka godzin wcześniej ani kebaba zjedzonego w pośpiechu. Był trudny, bo wiedziałam, że to dzień, w którym wszystkie lęki zostaną skonfrontowane tuż pod sceną, w zatłoczonym tłumie wrzeszczących ludzi, proszących o jeszcze jeden utwór mrocznego zespołu. Czułam, że albo podołam temu zadaniu i wyjdę z klubu dumnie dzierżąc wielką tarczę wojownika, albo zostanę wciągnięta pod ciężkie buty tych wszystkich rozemocjonowanych fanów i nawet nikt nie zauważy istnienia tak drobnego, poległego ciała, którym kiedyś zwykłam się nazywać.
Z takimi myślami minął mi cały dzień, aż do godziny 19:00. Wtedy to właśnie na scenę wbił Schammasch – szwajcarska grupa black metalowa, która może i chciała ten swój metal wepchnąć do kręgu niepowtarzalnego, niespotykanego wcześniej brzmienia, ale wyszło im to tak, jak mi piątkowa trzeźwość, czyli niezbyt dobrze. Riffy niezbyt umiejętnie wpychały się w głowę. Szaty, które mieli na ramionach przypominały coś bardzo dobrze znanego w ciągu ostatnich miesięcy. Ogólnie rzecz ujmując – było dobrze, ale nie wyśmienicie.

Zdjęcie zespołu Schammasch

Po kilkunastu minutach przerwy, z mojej strony pełnej zniecierpliwienia, koncertowe deski zagrzali brazylijscy prowokatorzy z grupy Mystifier. Jeden długowłosy, z kolcami na ramionach, z malunkami na twarzy, drugi czarnoskóry, z gitarą mniejszą niż jego wyrzeźbione ramiona, a trzeci, którego wcale nie widziałam. Razem stworzyli nawet smaczną przekąskę, ciekawą w swoim brzmieniu, ale na pewno drażniącą w gadaniu, którym raczyli publiczność między utworem jednym a drugim. Spodobało mi się ich granie, i to do tego stopnia, że przed chwilą przesłuchałam większość ich numerów sącząc leniwie piwo z wąskiej butelki.
Co nastąpi potem każdy ze słuchaczy wiedział, bo kwestią minut było to, aż na scenę wdrapią się grecy z Rotting Christ i zawładną klubem tak, jak na faworytów wieczoru przystało. Nadal nie rozumiem jakim cudem to nie oni zostali nazwani gwiazdą sobotniego koncertu, ale może słusznie. W ten sposób mieli jeszcze lepszą okazję zmieść wszystkich swoim umiejętnym graniem i w ten sposób pokazać do kogo należy Progresja. Słusznie postąpili grając zarówno utwory z nowego albumu – żwawsze, dopieszczone, podchodzące typowo pod publikę, jak i te z pierwszych płyt – wolniejsze, bardzo ciężkie i zaspokajające starszą lub bardziej wymagającą część publiki. To właśnie Rotting Christ zostali nagrodzeni dzikimi okrzykami i aplauzem godnym największych wirtuozów. Należało im się to w zupełności tak, jak znudzonemu staruszkowi kontakt z młodą kobietą – choćby z samego przeżycia wielu lat w tym smutnym jak p**** świecie, powtarzając za klasykiem.
Inquisition byłam ciekawa najbardziej. Supportowe zespoły nie były mi znane, z tego też względu dość obojętne. Rotting Christ znam dobrze, szanuję, więc wiedziałam też, że dadzą niezłe show niegodne nawet zwątpienia. Ale Inquisition? Ich dyskografia zaledwie mnie musnęła, jak wiatr podczas pierwszych jesiennych dni. W całości znałam tylko ich najnowszą płytę. I wiecie co? Może gdybym była bardziej wstawiona oraz gotowa do radosnych skoków pod sceną to dotarliby do mnie bardziej. A tak byli po prostu porządnym zakończeniem sobotniego wieczoru, który, chcąc nie chcąc, pamiętać będę do końca życia i o jeden dzień dłużej.

Powrót do szarej rzeczywistości

Wyjazd z Warszawy był momentem smutnym, jakbym porzucała dopiero co urodzone dziecko. Musnęłam zaledwie swoimi drobnymi, suchymi wargami smaku życia w stolicy, a już musiałam wracać na Pomorze, gdzie tylko małomiasteczkowość i powtarzalność wszystkiego. Siedząc w pociągu sunącym po trasie Warszawa Zachodnia – Kołobrzeg wrzuciłam na Facebooka zdjęcie biletu z dopiskiem „(…) kto by jednak przejmował się tym, co przeszłe, kiedy na horyzoncie tyle dobrych koncertów i jeszcze przyjemniejszych chwil.”. Pisałam to z lekkim kacem zakorzenionym w bebechach, jeszcze większym w umyśle, ale pełna nadziei, że to nie będzie pierwszy i ostatni wypad mojego życia.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!