W wieku gimnazjalno – licealnym, szczególnie licealnym, moda na zainteresowanie muzyką była równie popularna i cool, co palenie papierosów za budynkiem szkoły. W tamtym czasie zapytanie któregokolwiek ze znajomych o jego pasje, w 70%, może nawet 80% równało się z usłyszeniem odpowiedzi – MUZYKĄ. MUZYKĄ SIĘ INTERESUJĘ. MUZYKA TO MOJE HOBBY. Pozostałe 30-20% to odpowiedzi NICZYM lub NIE WIEM.

Wtedy muzyka jednoczyła, charakteryzowała w sposób specyficzny. Nawet jeśli zainteresowanie nią zamykało się w odsłuchaniu kilku utworów na YouTubie lub na telefonie w drodze do szkoły i z powrotem. Nie ma co ukrywać, większe znaczenie miał ubiór przydzielający nas do fanów danego gatunku niż to, czy faktycznie spędzamy dnie i noce na słuchaniu danej muzyki. Może Ci się wydawać, że jestem aż nazbyt cyniczna. Oczywiście, że jestem. Bo był to czas, w którym większość nadrabiała szarość swojego charakteru glanami albo dredami. Inni po gimnazjalnych przebojach mieli dość wiecznego bycia poza grupą i z muzyki zrobili sobie kartę członkowską. Skutecznie lub nie.

Bo typy ludzi były dwa – Ci, którzy przyjmowali do grupy wyłącznie na podstawie wyglądu i stylu oraz Ci, którzy chociaż starali się przeprowadzić egzamin wstępny. W przypadku drugich akcja przebiegała szybko – kilka pytań o dany zespół, płytę albo koncert i na jaw wychodziła albo ściema albo diament gotowy do oszlifowania.

I nie myślcie, że to zjawisko kończy się razem z otrzymaniem świadectwa. Na studiach bywa podobnie. Na pierwszych zajęciach wykładowcy lubią pytać czym studenci się interesują, co robią w wolnej chwili. Mogę założyć się o własną kolekcję płyt, że większość odpowie KULTURĄ, MUZYKĄ, CZYTAĆ KSIĄŻKI (fantastyka, kryminał) lub OGLĄDAĆ FILMY.
I oczywiście w samym zainteresowaniu, którąś z podanych dziedzin nie ma nic złego. Ale w kreowaniu się na kogoś, kim się nie jest już owszem. To zło piekielne.

Okres liceum mam już za sobą, ale mimo to czasami zdarzy mi się powspominać. Teraz jestem na studiach i nadal często spotykam się z opisanymi wyżej sytuacjami.
I powiedzcie mi, czy to jest pasja? Jeśli słucha się muzyki raz na jakiś czas, kiedy wiedza muzyczna zamyka się w kilku wykonawcach lub zespołach.

Dla porównania weźmy inny przedmiot zainteresowań, na przykład filmy. Ta pasja nie zamyka się tylko w „co jakiś czas obejrzę film w TV” (to robi każdy z nas), ale zawiera całą fascynację kinematografią, znajomość historii filmu – mniej lub bardziej zaawansowaną, umiejętność oceny dzieła ze względu na reżysera czy scenarzystę. Dlaczego więc zainteresowanie muzyką ma przebiegać po bardziej gładkim gruncie?

Chcę, by ten wpis zadziałał w dwie strony. Żeby pokazał mój sposób myślenia o muzyce i uświadomił jak ważne jest bycie sobą, po prostu. To temat wałkowany przez każdego twórcę internetowego, i tę banalność musicie mi wybaczyć, ale pomimo niej sprawa nie traci na wartości.

Nie ma sensu tworzenie wokół siebie otoczki melomana, jeśli dusza nie drga w rytm instrumentów. Nielogiczne i nieopłacalne jest robienie z siebie kogoś zupełnie innego, bo ta maska w końcu zaciśnie się zbyt mocno na twarzy i doprowadzi do okrutnej śmierci.

Wartość każdej pasji liczona jest w poświęceniu i oddaniu pasjonata.

Twórz swoje własne fascynacje, oddawaj się swoim własnym dziwactwom. A jeśli w szczery sposób dzielisz pasję muzyczną razem ze mną to pisz. Każdy zapaleniec w tej dziedzinie jest mile widziany i przyjmowany darmowym kieliszkiem wina lub kubkiem herbaty.

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!