Siedziałam wczoraj na jednym z przystanków autobusowych. Niebo pozbawione chmur dało pierwszy znak, że za miesięcy kilka przyjdzie wiosna. Ciepło, bezwietrznie, słonecznie. I jak to z takimi dniami bywa, na miasto wyszła gromada ludzi. Ja siedziałam na przystankowej ławce cichutko jak mysz pod miotłą. Oni i stali i klęczeli i chodzili z jednego miejsca w drugie jak niespokojne dusze wypuszczone z co gorszego snu.

Panie z ciężkimi torbami starały się być na wierzchu tego tłoku, żeby jako pierwsze mogły wbiec do miejskiego autobusu i przy spojrzeniu szczęścia w ich stronę znaleźć choć jedno wolne miejsce. Mężczyźni w imię ich naturalnej potrzeby bycia dżentelmenami przepuszczali panie, uśmiechali się kokieteryjnie i rozsiewali spokój na cztery strony świata.

A ja już w tym momencie stałam kroków kilka od tego tłumu. Z dłońmi w kieszeniach kurtki, z ustami zaciśniętymi i oczętami przymrużonymi. Patrzyłam. Obserwowałam wszystko dookoła i w głowie mi się pomieścić nie mogło jakie to wszystko kruche jest i samolubne.

Stoimy oto my, panowie świata, jego twórcy, i przez myśl nam nie przechodzi, że wszystko, co zbudowaliśmy na tej ziemi jest produktem wziętym na kredyt. Całe miasta i państwa są krainami metalu stojącymi na słabnących fundamentach. Natura nie jest niezniszczalna. My nie jesteśmy wieczni.

Jechałam razem z resztą tłumu do centrum miasta. Mijałam sklepy, bloki, restauracje. Wszystko to, co wytworem ludzkiej kreatywności i siły ogromnych maszyn.
Pomyślałam – a gdyby teraz spadł na moje miasto wielki meteoryt? Bo przecież może. Co wtedy poczną mieszkańcy, o ile przeżyją? Rozgonią ciemne chmury swojej nieświadomości i zaczną żyć w zgodzie z naturą czy przeniosą się do jeszcze większej krainy metalu i tam kontynuować będą swój żywot wiecznie głodnego konsumenta?

Z każdą minutą ogarniał mnie coraz większy smutek. Czułam jak moje ciało zmienia się do rozmiarów ziarenka piasku, które w każdej chwili może zostać zdmuchnięte i zastąpione innym ziarenkiem. Czułam jak ziemia pod moimi nogami krzyczy z bólu i zniewolenia. Czy jest dla niej i dla nas ratunek?

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!