W moim domu nie słuchało się dobrej muzyki. Nie miałam rodziców, którzy od rana do wieczora męczyliby mnie Deep Purple lub Led Zeppelin, a na dobranockę opowiadali o czasach sprzed kilkudziesięciu lat, kiedy muzyka naprawdę była muzyką, a życie, wśród młodych pragnących wolności i miłości było lepsze.
Głównym źródłem jakichkolwiek brzmień był stary odtwarzacz CD leżący w pokoju na jednej z półek meblościanki, podpięty do małych głośników. To z niego, kiedy tylko brat osiągnął wiek względnej dojrzałości, leciały hity polskiego rapu lat 90. Oczywiście słuchał tego z płyt CD przegranych po raz tysięczny od kolegi kolegi kolegi, więc ani jakość tego odsłuchu dobra nie była, a zdarzało się, że między rapsem jednym a drugim poleciała jakaś Gosia Andrzejewicz czy Andrzej Piaseczny. Człowiek nigdy nie wiedział czym go dzisiaj skatują, ale Peja, Hemp Gru, Trzeci Wymiar byli zawsze. Na tym, chcąc nie chcąc, kształtował się mój gust muzyczny, który teraz hip-hop odrzuca jak zjedzonego w pośpiechu kebaba po sporej ilości alkoholu.
Do tej pory pamiętam kiedy brat przytargał do domu stertę kaset magnetofonowych. W zmiętolonym kartonie koloru wyblakłego brązu, śmierdzące kurzem i tym kurzem przykryte. Pełna ciekawości zerknęłam do środka stając na paluszkach (bo ile ja lat wtedy miałam? Może 10? A mój brat to kawał chłopa, co najmniej ze dwa metry wzrostu) i zahaczając dłońmi o krawędź kartonu. Po pierwszym rzucie okiem na tę stertę nie zrozumiałam nic, po drugiej rozumieć mi się odechciało. Wróciłam znudzona do łóżka wciskając „play” na pilocie odtwarzacza VHS, wpychając ciało między ścianę a poduszkę i w myślach prosząc, by brat chociaż w tej chwili odpuścił sobie muzyczne ekscesy.
Dziś to ja chciałabym przytargać do mieszkania taki karton – wyblakły, ufajdany i pełen muzyki najróżniejszej. Nie wychodziłabym z domu przez tydzień nie jedząc, nie pijąc i katując odtwarzacz jak jeździec swojego ukochanego rumaka. Jednak jestem dopiero na początku drogi. Kolekcjonuję kasety, ale na razie zestaw ten tworzy zaledwie kilkadziesiąt sztuk. Z każdym dniem szukam ich więcej, poluję na nie, zachwycam się nimi, po czym odkupuję – od niesamowitych ludzi, którzy nigdy nie przestaną mnie zadziwiać. Bo czy zastanawialiście się kiedyś czemu facet po czterdziestce lub starszy pozbywa się takich cudeniek? W większości przypadków chodzi o zwolnienie miejsca w domu i pozbycie się czegoś, z czego już się nie korzysta, a co drażni żonę swoją obecnością. Czasami wybierają CD, a wszystko będące poza wyrzucają w try miga, nie patrząc na cenę ani odbiorców. Ale są też tacy, którzy potrzebują pieniędzy na teraz i pozbycie się kaset, choć pełnych sentymentu i zbierających emocje lepiej niż meble kurz, to dla nich jedno z niewielu wyjść. Takich ludzi spotykam najczęściej na muzycznych giełdach. Siwych, w podeszłym wieku, z iskierką nadziei w oku i smutkiem na ustach. Od nich odkupuję muzykę w pierwszej kolejności zapewniając, że będę dbać o nie lepiej niż o przyszłe dziecko. I taka muzyka będzie służyć mi przez lata – nie tylko w kwestii czysto technicznej, ale i emocjonalnej.
W tej chwili kaset mam więcej niż płyt CD. Znajomi pytają „czemu?” i wychwalając uwielbiany nośnik skrzywiają się na moje argumenty jakbym wkładała im plasterek cytryny w usta. Chcecie wiedzieć czemu? Z powodu poranków, kiedy staję przed półką i z tej mojej małej kolekcyjki wybieram album doskonały na tę chwilę. Zaciągam się zapachem starości jak słodkimi perfumami, gładzę plastik jak włosy ulubionego kochanka, wkładam delikatnie kasetę w odtwarzacz i na czterdzieści minut odpływam – daleko w tył lub daleko w przód, w zależności od rodzaju muzyki, którą serwuje mi ten kawałek taśmy.
Kaset magnetofonowych nie kupię w Empiku ani Media Markcie. To proces, na którego poszczególnych etapach muszę starać się i ja i ten, który chce mi ten nośnik odsprzedać. To zawieranie relacji z innymi ludźmi. To współtworzenie historii, którą w zależności od intencji przekażemy dalej lub zakończymy na sobie.

Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że sama zacznę kolekcjonować starocie, którymi w dzieciństwie gardziłam, nie uwierzyłabym. Tak samo, gdyby ktoś bawiąc się w proroka oświadczył, że pójdę na studia dziennikarskie, a pisanie stanie się moim źródłem dochodu i największą pasją. Dziś często staję między wyborem – muzyka czy jedzenie, zamiłowanie czy zysk. I choć staram się podchodzić do życia racjonalnie to zamiast lepszego obiadu zawsze wybiorę kasety, a pieniądze, choć ważne w dwudziestoletnim życiu, nigdy nie wyprą pasji.
PODZIEL SIĘ

5 KOMENTARZE

  1. Fajnie że ktoś jeszcze kolekcjonuję kasety, ja kupuję je od święta, częściej CD, kiedyś tylko kasty w latach 90, oj pamiętam jak się jarałem świeżutką „Spiritual Black Dimensions” Dimmu Borgir jak kupiłem ją w 1999 roku, wydanie z Mystic Production, jeśli chcesz zrobić spis swojej kolekcji to polecam Discogs, chętnie zobaczę co masz na półce. 😀

    • O Discogs jeszcze nie myślałam. 🙂 Ale gdybyś chciał zerkać co tam u mnie na półkach się chowa, wrzucam takie zdjęcia raczej na Facebooka z krótkimi opisami.

  2. O jerumpajtas…a ja WYRZUCIŁEM do plastiku KILKASET kaset (tak, tak, „brak miejsca” itp) w większości mocny metal (cały wikiński black najklasyczniejszy – Emperory, Darktrony etc.)

  3. Ja ostatnio przed wyrzuceniem uratowałem z 50 kaset, doom/death i klasyczny heavy metal od kumpla, no i takie rarytasy jak koncerty Paradise Lost i Artrosis na VHS oryginalne 😀

Zostaw po sobie ślad!