Nie jest żadną tajemnicą to, że lubię czytać. Czytam, kiedy znajdę na to wolną chwilę, kiedy nie zasypiam w momencie przyłożenia twarzy do poduszki i kiedy mój mózg nie jest za bardzo obciążony doświadczeniami dnia. Czytam wszystko, nawet jeśli nie ma to większego celu lub odbiega od moich głównych zainteresowań.
A zaczęło się już w podstawówce, kiedy to pokazano Kasi jak składa się literki w słowa, a słowa w długie zdania. Co więcej, że ma to nawet sens i potrafi zaciekawić. Zaczęły się przesiadywania w szkolnych bibliotekach i w pokoju na podłodze z książką przy nosie. W ten sposób ja rozwijałam swoją dziecięcą wyobraźnię, a rodzina nie musiała wymyślać kolejnych zajęć, które pochłonęłyby moje narzekania.
Z perspektywy czasu mogę stwierdzić, że niestety – wtedy czytałam więcej i z większą fascynacją. Nie zmienia to jednak faktu, że w przeciągu kilku dobrych lat natrafiłam na pozycje, które diametralnie zmieniły mój sposób myślenia i ukształtowały moją chaotyczną osobowość. Niektóre nawet zmieniły mój sposób życia, niekonieczne na dobry. A oto kilka z nich (kolejność od najbardziej wpływowych):

1. Albert Camus – ”Dżuma”

Każdy z Was, kto przebrnął przez czasy szkoły średniej wie, że jest to jedna z książek koniecznych. A jednocześnie, mimo, że lektura, to naprawdę dobra i warta przeczytania. Pan Camus, jako, że ateista i egzystencjalista, to stworzył powieść niesamowitą, pozbawioną patetycznych wątków religijnych i patriotycznych, których ma się już dość po epoce romantyzmu. Uciął dekadenckie spostrzeżenia do minimum i nie skazał czytelnika na nieprzespane noce. Zawarł przede wszystkim najważniejsze ludzkie postawy i pokazał życie takim, jakie jest. Bez zbędnej otoczki heroizmu.
Ale co ja takiego z tej powieści wyniosłam? Przede wszystkim filozofię. Po długim czasie zagubienia i poznawania najróżniejszych filozofii, to egzystencjalizm wydał mi się najbardziej odpowiedni. Pochłonął mnie i uświadomił, że zanim zechce się odejść trzeba dać ludziom i światu dowód swojego człowieczeństwa.
Przykre jest jednak to, że Dżuma to prawdopodobnie ostatnia lektura w szkole średniej i zanim na nią natraficie, wyłączając własne chęci i przypadek, to musicie przebrnąć przez masę nudnych i ciężkich pozycji, które przyprawiać będą o ból głowy i wymioty. Ale powieść Alberta Camusa to jak najbardziej lekarstwo i osłoda na wykończony umysł ucznia.

2. Jarosław Borszewicz – ”Mroki”

To książka, której zdecydowanie nie da się podciągnąć pod jeden wątek czy myśl główną. Zawiera w sobie tak ogromny chaos, że momentami wypada przeczytać stronę aż kilka razy. Jednocześnie zawiera w sobie ideał prozy literackiej i potrafi skłonić do dyskusji na temat ludzkiego istnienia bez możliwości by ją zakończyć. Pozostanie na wieki moim prekursorem mroku i melancholii.
Wypada jednak ostrzec – jeśli aktualnie przeżywasz gorsze dni, lub czujesz, że zbliża się Twój duchowy koniec to nie sięgaj po tę książkę, bo ona zdecydowanie przyspieszy proces. To jest tak, że po przeczytaniu ostatniego słowa człowieka nachodzą przemyślenia ogromnych rozmiarów. Jeśli nie ma się z kim ich przedyskutować, to ciężko je jednak przetrawić.
Jeśli chodzi o mnie, to okazała się ona niezmiernie przydatna. Była jak kop w tyłek i kubek intensywnej inspiracji. Sprowadziła na niebezpieczną drogę tylko po to, aby uświadomić mi, że istnieją inne. Tak czy siak, zdecydowanie polecam!

3. Witold Gombrowicz – ”Ferdydurke”

Ta Gombrowiczowska proza podobno wzbudziła w społeczeństwie spore emocje. Nie ma co się dziwić, jeśli nawet wśród uczniów, w XXI wieku działa ona podobnie. Pan artysta zadziwił wszystkich formą swojego dzieła i podjętą tematyką. Mi za to pokazał czym jest wolność, a raczej, że jej tak naprawdę nie ma. Nauczył mnie cynizmu i wpoił sarkazm w codzienne rozmowy, także jeśli ktoś teraz będzie narzekał na moją zbyt intensywną ironię, to odsyłam do Pana Gombrowicza, bo to tylko jego wina!
Teraz odrobinę poważniej, zgadzam się z jego słowami w zupełności. Maski, gra i to wszystko. Tym jest życie i nie ma nawet mowy o wolności. A jedyne co możemy zrobić, to starać się stworzyć własną formę i odbiegać od tych, które narzuca nam świat. Dlatego użytkowe słowa „Przy Tobie jestem sobą” proponuję odrzucić w kąt, bo nie mają one sensu. I pamiętajcie, trzeba uważać kogo się udaje!

4. Michaił Bułhakow – ”Mistrz I Małgorzata”

Tę powieść znają na pewno wszyscy z Was. Uznawana jest za literaturę światową, zdobyła wiele nagród, ale co w tym dziwnego skoro Bułhakow pracował nad nią przez sporą część swojego życia. Zajmuje ona miejsce w kanonie lektur, ale na poziomie rozszerzonym, a poznałam ją dzięki własnym chęciom i podpowiedzi pani profesor.
Ale o co w tym wszystkim chodzi? Trudno jednoznacznie określić, bo niezbyt często spotyka się powieści tak złożone i zawierające w sobie tak liczne przesłania.
Książka rozpoczyna się słowami:
”… Więc kimże w końcu jesteś?
– Jam częścią tej siły,
Która wiecznie zła pragnąc,
Wiecznie czyni dobro.”
I to daje już sporo do myślenia.
Mnie natomiast zaintrygowała najbardziej znajomość Wolanda z Małgorzatą. Diabła z kobietą. Diabła, który mimo, że jest reprezentantem ”ciemnej strony” to czyni w Moskwie najwięcej dobra. I kobiety, która w imię miłości zdolna była na spotkanie z samym przywódcą Zła. Coś w tym jest, ale co, to każdy musi odpowiedzieć sobie sam. Tutaj nie jestem w stanie ukierunkować. Mimo wszystko, powieść taką jak ”Mistrz I Małgorzata” trzeba i wypada znać.

5. Imre Kertész – ”Los Utracony”

Przez lata licealnej nauki, szczególnie w klasie ostatniej, zmusza się uczniów do poznania tak zwanej literatury faktu. Pojawia się Zofia Nałkowska, Gustaw Herling – Grudziński, czy choćby Tadeusz Borowski. Druga wojna światowa, obozy śmierci, nazizm i dehumanizacja – tematy to są ciężkie, ale wielokrotnie przerabiane. Choć zaliczam się do osób wrażliwych i z granicą wytrzymałości naprawdę delikatną, to czytałam książki powyższych autorów z uporem. Przede wszystkim, aby zrozumieć. I jedyne czego brakowało mi w tych dziełach to opisu wydarzeń z perspektywy człowieka młodego, jeszcze nienaznaczonego zbyt dużą świadomością.
Pewnego dnia, na jednym z blogów zauważyłam ciekawy tytuł. Po zagłębieniu się w opis książki zdecydowałam, że muszę ją zdobyć. Następnego dnia byłam już w bibliotece i muszę stwierdzić – ”Los Utracony” to nie jest łatwa pozycja, tak jak te należące do powyższych autorów. Co jest jednak ciekawe, pokazuje ona spojrzenie zaledwie piętnastoletniego chłopca, czyli to, czego mi właśnie brakowało. Z bohaterem tej książki czułam się zdecydowanie bardziej zżyta niż z dwudziestokilkuletnim Grudzińskim. Poznałam czym jest naiwność i jak ogromną rolę potrafi odegrać w nietypowych sytuacjach, nietypowo trudnych.
Potrzebowałam kilku dobrych dni, żeby się po niej otrząsnąć, ale było warto.

6. Owidiusz – ”Sztuka Kochania”

Na zakończenie coś odrobinę innego. Otóż, Owidiusz stworzył poemat, który zadziwił mnie swoją uniwersalnością. Odbiega on od funkcji moralizatorskiej, ale za to jest niezwykle prawdziwy, mimo, że mamy za sobą kilka rewolucji seksualnych i nasze poglądy na pewno się różnią.
Autor pokazuje jakimi to chęciami kierują się mężczyźni w relacjach z kobietami i na odwrót. Zerwał wszelkie zasłony i pokazał po co, dlaczego i jak. Podarował nam, kobietom, możliwość zrozumienia postępowania mężczyzn, które nie zawsze jest zbyt uczciwe. Taki trochę poradnik miłosny, tyle, że napisany rymem i emanujący radością życia.
Dodam tylko, że Owidiusza za opublikowanie swojego dzieła skazano na wygnanie. Doceniajmy więc to, co pozostawił i korzystajmy z tego! Oczywiście z umiarem, co by nie było zbyt nudno.

Wypada powiedzieć wprost – bez przeczytania tych książek byłabym innym człowiekiem, z innymi poglądami i innym podejściem. Znajomym mówię więc – doceniajcie literaturę i jej wpływ na mnie, a Wam – dzięki za chwilę uwagi. Chętnie przeczytam w komentarzach Wasze propozycje książek zmieniających świat!  

PODZIEL SIĘ

5 KOMENTARZE

Zostaw po sobie ślad!