Muzyczne bezdroża, odkąd tylko pamiętam, przemierzałam samotnie. Nie miałam rodziców, którzy zmienialiby mi pieluchy w akompaniamencie Beethovena albo karmili kaszką manną uderzając co jakiś czas łyżką o stół w rytm hardrockowych utworów Led Zeppelin. Lubili raczej Modern Talking i Boney M, bo to przy nich, jak twierdziła matka, człowiek bawił się na dyskotekach najlepiej. Nie słuchali jednak takiej muzyki na co dzień.
Brat też nie odegrał znaczącej roli, przynajmniej w pierwszym okresie, kiedy rapu słuchał na słuchawkach, zamykając się szczelnie w pokoju, nie dudniąc nim jeszcze na całą wieś. Muzyka docierała więc do mnie innymi kanałami – głównie telewizją ze stacjami takimi jak Viva i MTV. Pamiętam, że kiedy zamontowano w domu kablówkę to nie bajki kradły moją uwagę, a właśnie kanały muzyczne, na których młode, opalone dziewczyny i faceci o idealnie wyrzeźbionych ciałach śpiewali fajne piosenki – o miłości, szczęściu i wakacyjnych imprezach. Miałam może 11 lat, a XXI-wieczna moda, którą kojarzycie głównie z tanią, niewymagającą zaangażowania rozrywką trwała w najlepsze. I doskonale było to widać choćby po tym, jakie utwory wdrapywały się na podium list przebojów.
Kiedy przychodziły wakacje, potrafiłam spędzać całe dnie przed telewizorem, słuchając muzyki i oglądając teledyski. Czasami sama, przez większość czasu jednak z kolegą, który beze mnie nie potrafił słusznie zagospodarować swojego wolnego czasu – głupi, zamiast słuchać muzyki grał w gry komputerowe albo kopał piłkę.

Dzikość i nieposkromiona nieprzyzwoitość

Był rok 2008, kiedy do programu Vivy, ze swoim najbardziej znanym utworem „Poker Face”, a później też „Just Dance” zaczęła wdzierać się Lady Gaga. Nie było to niby nic niezwykłego – basen, imprezy i kolejna tańcząca w rytm skocznej piosenki kobieta. Pamiętam jednak, że było w niej coś dzikiego, nieposkromionego i maksymalnie nieprzyzwoitego. Ruszała się jak kocica podczas polowania – drapieżna i pociągająca. Do tego stopnia, że myszy zamiast uciekać w najdalszy kąt przybiegały do jej stóp i głaskały je wąsikami po skórze. Wtedy oczywiście nie potrafiłam tego nazwać. Wiedziałam jednak, że Gadze udało się tknąć jakiś skrawek mnie, do którego inne wokalistki nie zbliżyły się nawet na kilometr, o wokalistach nie wspominając.

Z piękna w brzydotę, z radości w paranoję

Nie trzeba było długo czekać na kolejny jej utwór. Jeszcze tego samego roku Viva zaczęła emitować „Paparazzi”, utwór, który z dwoma poprzednimi miał niewiele wspólnego. Jak w tamtych królowała impreza i nieskrępowana niczym radość, tak tutaj brzydota, paranoja i absurd. Teledysk, w którym Gaga wstaje z wózka inwalidzkiego ubrana w metalowy, połyskujący kostium, odzierający ją z jej elektrycznej kobiecości i porusza się na kulach, połamana, jak w obłędzie, zdolna zamachnąć się i zabić najbliżej stojącą obok niej osobę. Do tego migoczące co kilka kadrów trupy z pustymi jak u lalek oczami, psychodeliczna gra świateł i Gaga już nie tylko radośnie tańcząca na parkiecie z jednym mężczyzną, ale obmacująca się z kilkoma, gotowymi pożreć ją w sekundę samcami. Wtedy? Byłam zszokowana. Najzwyczajniej w świecie nie spodziewałam się, że to wszystko obierze taki kierunek. Jak się później okazało, był to zaledwie przedsmak.

Faceci w szpilkach i różaniec w gardle

Na drugiej płycie: „The Fame Monster” pojawia się utwór „Alejandro” z teledyskiem jeszcze bardziej pokręconym, uderzającym w różne świętości i tematy tabu, wykorzystującym ogrom popkulturowych wzorców. Lady Gaga w stroju zakonnicy, połykająca różaniec. Półnadzy faceci w szpilkach, poruszający się na wzór kobiecych rytuałów. Lub maszerujący w wojskowych, połyskujących płaszczach. A nad tym wszystkim stalowy chłód, tworzący klimat, pod wpływem którego gęsia skórka i ścisk z żołądku to standard. Do tej pory pamiętam, jak razem z kolegą oglądaliśmy teledysk „Alejandro” chwilę po premierze, już nie na Vivie, a YouTube’ie, wstrzymując oddech przez cały czas jego trwania i dopiero po jego zakończeniu wypuszczając głośne „wow!” – z mojej strony i „kurwa! – ze strony kolegi, który wtedy miał prawie 17 lat i przeklinać mógł do woli. Ani razu nie obejrzeliśmy teledysku w skróconej ani ocenzurowanej wersji – a głównie takie emitowano w telewizji. Prawda jednak była taka, że kompletnie go nie rozumieliśmy, ale różaniec w ustach, seksowna kobieta przebrana za zakonnicę, później tarzająca się z facetem w szpilkach po łóżku robiła swoje – szokowała. Przy tym piosenka była chwytliwa, wpadała od razu w ucho. Pełniła więc rolę hitu, który jednocześnie hitem nie był – w radiu dla większości utwór był w porządku, ale teledysk odrzucał.

Romans z Judaszem

W „Alejandro” po raz pierwszy Lady Gaga wykorzystała religijny kontekst, który o wiele bardziej rozwinęła na kolejnej, trzeciej płycie – „Born This Way”. To był rok 2011. Singiel promujący album, zatytułowany „Judas”. Gaga przebrana za Marię Magdalenę, obściskująca Judasza – „króla bez korony” – i myjąca włosami jego stopy. To naprawdę robiło wrażenie! Nie dość, że teledysk wysokobudżetowy, idealnie wyreżyserowany i zrealizowany to jeszcze w tak oryginalny sposób depczący powszechnie uznawane świętości. Czy to mogło nie trafić do młodocianego, kierującego się ku buntowi umysłu? Zaznaczam, że wtedy o metalu jeszcze nie miałam pojęcia. Oczywiście Gaga z satanizmem nie miała nic wspólnego. W swojej muzyce zaznaczała, że nie wierzy w Boga, ale mimo to jest pełna miłości – zarówno wobec siebie, jak i innych. Można jednak powiedzieć, że ziarno padło na podatny grunt.

Pierwsza płyta CD, jaką kupiłam

Trzy lata nieprzerwanej, ogromnej fascynacji jedną artystką, jak na kilkunastoletniego człowieka, to było naprawdę sporo. Znałam na pamięć każdy utwór, a „The Fame” było pierwszą płytą, jaką kupiłam, mimo że poza laptopem nie miałam gdzie jej odtwarzać. Pozostałe utwory kupowałam przez telefon tworząc z nich cały album i płacąc za to naprawdę duże, jak na budżet nastolatki pieniądze. Dlaczego decydowałam się na taką opcję? Bo było łatwiej je dostać – wyszukać w telefonie, a następnie pobrać za odpowiednią opłatą pieniędzmi z konta to łatwizna w porównaniu do wyjazdu do miasta i podróży do Empiku. Przy tym miałam muzykę od razu pod ręką i mogłam słuchać jej nawet w autobusie, w drodze do i ze szkoły.

Ile czasu trwała miłość?

Pamiętam, że jeszcze w 2011 roku, kiedy na zajęciach z muzyki pani rozkazała przygotować prezentację ulubionego zespołu, wybrałam Lady Gagę. Wycinałam jej zdjęcia z gazet, samodzielnie opisywałam historię muzyczną na dużym brystolu. Sprawa była rewelacyjna, bo pani, poza wygłoszeniem mowy, pozwoliła oficjalnie, na lekcji, przed całą klasą włączyć jeden utwór. Dumna jak paw przyniosłam tamtego dnia zakupioną niedawno CD. Delikatnie, w wypasiony, szkolny odtwarzacz wsunęłam płytę i wcisnęłam numer 3 – „Paparazzi”. A uwierzcie, wybór był naprawdę trudny! Bo tym jednym utworem chciało się pokazać to, co w muzyku najlepsze i jakoś zachęcić innych do tego, żeby też go polubili. Mi się nie udało. Okazało się, że zwariowana i przerażająca estetyka „Paparazzi” zdecydowanie do moich kolegów nie przemawiała. Ale pani wyróżniła przygotowany przeze mnie plakat, który później zawisł na jednej ze ścian obok sali. To było coś!
Kilka miesięcy po tym od Lady Gagi się odsunęłam. Brat zaraził mnie rapem, a później przeszłam w metal. Co jakiś czas jednak zdarza mi się do niej wracać, i zawsze na co najmniej jeden, calutki dzień. Przypomina to dobre czasy – kiedy z muzyki nie robiło się wyścigów, sposobu na zabłyśnięcie w gronie kolegów ani na zarobienie kasy. Muzyki się po prostu słuchało, nie oglądając się wokół i nie próbując przeanalizować czy przyniesie to jakieś korzyści. Za każdym razem, kiedy wracam, patrzę na tę muzykę odrobinę inaczej, pewnie z powodu coraz większego bagażu doświadczeń i osłuchania. Mimo to nadal oceniam ją wysoko i uważam, że z Lady Gagi był kawał uzdolnionej wokalistki i ambitnej artystki. Przyjęła formę, od której pewnie niektórych z Was zbiera na wymioty, ale stworzyła coś swojego – i temu nie można zaprzeczyć. Dlaczego piszę „był”? Bo trzech ostatnich albumów Lady Gagi nie znam. Kiedy wracam do jej twórczości, wolę posłuchać tego, co doskonale znam, a po jednym dniu z elektro-popem mam jednak ochotę na coś zupełnie innego, więc szybko przeskakuję na kolejny kwiatek, nie mając czasu zgłębić więcej. Ale może kiedyś nadrobię. „Cheek to Cheek” – album nagrany z jazzowym wokalistą, Tonym Bennettem wydaje się do tego idealnym powodem. Swoją drogą, mina znajomych, kiedy dowiadują się, że znam i lubię Lady Gagę – bezcenna. To prawie tak, jakby wyznała, że wieczorem, kiedy oni zamykają się w swoich mieszkaniach, ja zakładam różową sukienkę i szpilki i wybiegam na ulicę wykrzykując prawa kobiet. 🙂
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!