To ja tak tylko przy okazji niedalekiej premiery nowego albumu LUNATIC SOUL pozachwycam się tym najstarszym. I najlepszym, który jednocześnie jest dowodem mojej zatwardziałości i muzycznej otwartości czasami odpływającej w szerokie, morskie przestworza.

Dlaczego? Wszystko pewnie jest winą Riverside. Bo to ten zespół przyzwyczaił mnie do delikatnego, melodyjnego,a przy tym mrocznego piękna, w tworzeniu którego Mariusz Duda jest po prostu mistrzem. MISTRZEM. I tym sposobem, później, szperając w dokonaniach LUNATIC SOUL, właśnie tego piękna szukałam – wspartego bogatymi aranżacjami, pełnymi najróżniejszych, instrumentalnych smaczków, z wyraźną linią basową (która przecież jest Dudy niemałym atutem), perkusją, która wybiera najbardziej odpowiedni moment i właśnie wtedy uderza, z tekstami tykającymi nie tylko to, co na ziemi, ale również to, co w duchu.
Biorąc za przykład tytułowy utwór – Lunatic Soul. Ile w tym kruchości! Ile smutku! Ile bólu! A wszystko podane z pomocą Mariusza głosu, dla którego nie ma żadnych granic. Ten głos po prostu płynie – jak morska fala, której początku nikt nie widzi, a która uderza o brzeg piaszczystej plaży, zachwycając i swoją formą i siłą. Przy tym bardzo przypomina mi „Conceiving You” z repertuaru Riverside. Adrift – przykład drugi. Maksimum delikatności. Gitarowa perfekcja. Wyśmienita perkusja. A tekst? Głęboki jak to wcześniej wspomniane morze i ani przez chwilę nie zahaczający o banał. Przykład numer trzy – The Final Truth. Tam manewr jest o tyle niesamowity, że zarówno tempo, jak i klimat jest przez Mariusza stopniowane – na początku minimalistycznie, lekko, żeby w połowie utworu zacząć dojrzewać, czerwienić się, a pod koniec pęknąć i uwolnić niewiarygodną siłę, i wokalną i instrumentalną.
Powiedzenie jednak, że te trzy utwory są najlepsze z całego „Lunatic Soul” byłoby grzechem. Cały album tworzy piękny klimat, a mnie satysfakcjonuje na każdej płaszczyźnie – muzycznej, literackiej i duchowej. Dwa utwory będące zapowiedzią nowej płyty oczywiście przesłuchałam, ale jeszcze nie zdarzyło mi się przy nich zemdleć z zachwytu. Na pewno więcej będzie tam światła i radości, a to, choć może początkowo niezbyt obiecujące może pozytywnie zaskoczyć. Wierzę w to i trzymam za Mariusza kciuki. Żeby po tak cudownej płycie, jaką było „Lunatic Soul” nie zawiódł mnie ani nie rozczarował, bo głupio byłoby teraz zdzierać jego plakat ze ściany. 🙂
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!