Z Riverside jest jak z perfumami ulubionego mężczyzny. Zapach nie zawsze jest tak samo intensywny, ale nadal przyprawia o dreszcze. Zadawala niezależnie od tego, czy otula zmęczone ciało słodyczą czy rozlewa woń ciężkiej prowokacji. Po kilku albumach, które emanowały mrokiem i siłą, „Love, Fear And The Time Machine” staje się aksamitną poduszką, na którą muzycy rzucają moje zmarnowane ciało.

Płyta do samego końca była dla mnie sporych rozmiarów zagadką. Nie oglądałam wywiadów przeprowadzanych z zespołem, nie znałam krótkich komentarzy muzyków, więc pozostawało mi jedynie snuć domysły i czekać. Album poprzedzający, czyli „Shrine Of New Generation Slaves” dawał delikatne sygnały, że oto artyści szykują się na podróż inną drogą. Zboczyli delikatnie ze ścieżki utartej mocnym brzmieniem i tajemniczym wokalem na rzecz uproszczenia i przejrzystości.

Pierwsze dźwięki „Lost” dają jasno do zrozumienia – nie będzie siłowego bębnienia ani gwałtownego szarpania strun, jak to było kiedyś. Podarujemy Wam za to melodyjność, która rozleniwi i wyciszy. Pod takim hasłem przebiega cały album i niestety w połowie nastąpiło załamanie. Na dokładnie piątym utworze wyłączyłam swoją zdolność rejestrowania ciekawych dźwięków. „Saturate Me” to utwór – przerywnik, który pozwolił mi jedynie zebrać ciało z podłogi po tej porządnej dawce dobrej muzyki i przygotować się na następną, nieznaną. Najkrótsze i najdelikatniejsze „Afloat”, bardziej złożone i rytmiczne „Discard Your Fear” i iście gitarowe „Time Travellers” to utwory, które zadowoliły mnie w najwyższym stopniu i to one wybiły się z prezentowanego przez resztę kompozycji poziomu.

Riverside nie utraciło na formie. Nadal jest to grupa muzyków tworząca jeden, bardzo dobrze funkcjonujący organizm. Całość to przemyślany do ostatniej nuty projekt, wykonany z należytą pracowitością. Niezależnie od albumu, emocji nie brakuje ani nie są one przekazane w sposób banalny. Każdy dźwięk zdaje się mieć swój osobny cel i swoją drogę, dzięki której dociera do duszy słuchacza. Artyści są więc albo szczęściarzami do potęgi albo specjalistami zarówno w kwestii muzycznej jak i emocjonalnej.

Tytuł idealnie obrazuje album jako całość. Nie brakuje miłości muzyków do tworzenia, słuchacza do pochłaniania każdego dźwięku, a strach pojawia się jedynie przy ostatnim utworze. Strach w zapytaniu, czy kolejna płyta będzie równie dobra? Bo do przeskoczenia tej poprzeczki potrzeba będzie mnóstwa siły i pasji. „Love, Fear And The Machine” – mieszanka wybornego brzmienia i emocjonalnego zróżnicowania. Przypadnie do gustu każdemu duchowo rozdwojonemu słuchaczowi.
Moja ocena? 9/10

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!