Wobec żadnego innego gatunku nie jestem tak wymagająca, jak wobec black metalu. Kiedy sięgam po zespoły grające taką muzykę, oczekuję rozlewu krwi, śmierci i nienawiści większej z każdą kolejną wybrzmiewającą nutą. Mierzi mnie wszystko to, co próbuje naśladować black metal – najczęściej za pomocą wyraźnego, dopieszczonego do granic możliwości krzyku i spokojnych gitar, które zamiast emanować agresją i szturmować umysł brzmią jakby rozpadały się już pod lekkim naciskiem palców. Takim metalem dla ugrzecznionych jest Myrkur – jednoosobowy, kobiecy projekt blackmetalowy, który w miejsce chaosu i zniszczenia wstawia delikatność i znudzenie.
„M” poznałam za sprawą amerykańskiego kolegi, który takie melodie wciąga chętniej niż ćpun amfetaminę. Polecił, włączyłam, posłuchałam, ale nie zaciągnęłam się tym tak, jak tego ode mnie oczekiwał. Ot, kolejna panna, która myśli, że black metal okraszony ładną buźką sprzeda się i zachwyci miliony – pomyślałam sobie. Innych prawdopodobnie urzekł, ale mnie zanudził, a cały album był tak niewyjątkowy, że gdy natknęłam się na niego kilka miesięcy później to nie miałam pojęcia, że już kiedyś w moich głośnikach się pojawił.
Nie mogę powiedzieć, że „M” jest kiepskie, bo nie jest. To kawał ładnej muzyki, wygładzonej w każdym calu, okraszonej wysokodźwięcznymi przyśpiewkami i tworzącej wokół siebie aurę jakiejś delikatności, która sama w sobie mi się podoba, ale podana na blackmetalowej tacy na pewno nie zachęca do konsumpcji. Raczej skłania do kolorowych, słodkich wymiotów, jak po zjedzeniu kilograma cukierków.

Zdjęcie przedstawiające wokalistkę zespołu Myrkur

Przez cały czas trwania „M” mam wrażenie, że Myrkur po prostu pomyliła kierunek. Zamiast wtrącić swoje wokalne i gitarowe trzy grosze do folk grania postawiła na coś, o czym nie ma zielonego pojęcia. W ten sposób zamiast osiągnięcia melodyjnego debiutu w chociaż zbliżonym gronie, zapewniła swojej pierwszej płycie obecność w ogromnym zbiorowisku szarej masy, która nawet jeśli jakimś cudem urzeknie słuchacza to i tak zginie w natłoku znacznie lepszych nowości.
„Skøgen Skulle Dø” rozpoczynające album jest jak przystawka przed obfitym posiłkiem. Jednak jak się po dłuższej chwili okazuje, jesteśmy skazani na muzyczny chłód, a nie żadną sytość. Wolne, choć niezbyt ciężkie riffy otoczone mrocznymi przyśpiewkami przy dużej naiwności słuchacza mogą zwiastować narodziny blackmetalowej nienawiści, ale jakież wielkie jest zdziwienie, kiedy kolejne utwory: „Hævnen”, „Onde Børn” i „Vølvens Spådom” mijają w takim samym klimacie – wiecznego oczekiwania na coś, co i tak nie nadchodzi. Przyznać jednak muszę, że pierwsze gitarowe manewry w „Jeg Er Guden, I Er Tjenerne” popieściły nawet w jakimś stopniu moje czarne serducho, ale wystarczył śpiew jasnowłosej panny, bym te obiecujące riffy spuściła w toalecie razem z nadzieją na nadejście czegoś dobrego. „Nordlys”, „Byssan Lull”, „Dybt I Skoven”– trzy kolejne utwory, a nie różniące się kompletnie niczym. Odległe od metalu tak, jak Neptun od Słońca, ale pomiędzy nimi jedna, jedyna oznaka wiary – „Mordet”. Sprawdźcie ten utwór koniecznie, bo pierwszy riff brzmi jak wyrwany z jakiegoś raczkującego, thrashowego zespołu. W tamtej chwili pomyślałam, że współlokatorka zrobiła mi psikusa i włączyła kolejną propozycję z Youtube’a wypinając się na Myrkur, co w zasadzie powinnam zrobić już po przebrnięciu przez pierwszy utwór.
Ja jednak, w akcie wytrwałości przesłuchałam „M’ nie raz, nie dwa i stwierdzam jasno – black metalu w tym albumie jest tyle, co kot napłakał, a sama Amalie Bruun chcąc wejść w coś, co jest jej totalnie obce przeszła w nieudolność. Nie bawi mnie jej ortodoksyjna otoczka, a Myrkur i „M” jest dobre wyłącznie dla tego, kto ceni delikatne granie z dużym udziałem wysokiego, damskiego wokalu, okraszonego niezbyt wyszukaną gitarą i perkusją pozbawioną oryginalnej rytmiki. Jeśli jednak szukacie innowacyjnego rozwiązania dla najbardziej ekstremalnej odmiany metalu, tu jej nie znajdziecie. A biorąc pod uwagę pomoc ze strony członków Ulver i Mayhem jest to bardziej zadziwiające niż śnieg wiosną i orgazm po sześćdziesiątce.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!