Do wyjazdu na Metalową Wigilię zniechęcało mnie wiele rzeczy. I to do tego stopnia, że wieczór przed byłam w stanie podrzeć bilet na kawałki, resztki spalić, a pozostały z tego popiół rozsypać w ogródku. Z dna metalowego ducha wykrzesałam jednak resztki sił i po zrobieniu drobnych zakupów, pogadaniu z kim trzeba i ogarnięciu kilku organizacyjnych spraw wcisnęłam się w pociąg sunący po trasie Kołobrzeg-Kraków. W ten sposób po blisko siedmiu godzinach jazdy byłam już w stolicy – pełna entuzjazmu, ciekawości i ze łzami w oczach, bo wiecie co? Tęskniłam za Warszawą. Zatłoczoną, pędzącą wiecznie przed siebie, ale zupełnie inną od tego, co tak dobrze znam i dzięki temu piękną.

Przygotowania do wieczerzy

Zdjęcie Pałacu Kultury i Nauki

Dwie godziny spędzone w Złotych Tarasach wymęczyły mnie bardziej niż cała, siedmiogodzinna jazda pociągiem ze śmierdzącymi staruszkami i kłócącym się małżeństwem w przedziale. Tłumy ludzi i ramiona wiecznie się o mnie ocierające to właśnie to, czego w takich miejscach nie znoszę, ale każde cierpienie prowadzi do szczęścia, a każdy dyskomfort jest przygotowaniem do większej przyjemności – i tak było tym razem. Po dwóch godzinach męczarni spotkałam się z dawno niewidzianym przyjacielem, by razem z nim, ramię w ramię zakończyć ten męczący piątek piwem, dobrą muzyką i błogim snem.

Na Metalową Wigilię nadszedł czas

W piątkowe popołudnie Warszawa przywitała mnie zachmurzonym niebem i chaosem, ja w sobotni poranek niezgrabnie się na nią wypięłam przesypiając niemalże dziesięć godzin i wychodząc z łóżka dopiero po południu. Ale chyba się ta Warszawa na mnie nie pogniewała, bo autobusy nie uciekały mi sprzed nosa, a pogoda przez cały czas była na tyle znośna, że nie musiałam nawet naciągać czapki na uszy.
Zanim mrugnęłam porządnie okiem na zegarku pojawiła się godzina 14:00. Szybki obiad, ogarnięcie siebie i tego, co wokół plus dotarcie do klubu zajęło więcej niż byłam w stanie przewidzieć. Teraz wiem, że warszawski czas to ten, zwiększony o wymagającą komunikację miejską i ewentualne pomyłki przyjezdnej. W ten sposób do Progresji dotarłam kilka minut przed 18:00, w połowie występu pierwszego supportu – polskiego, blackmetalowego Morthus.

Zdjęcie przedstawiające polski, blackmetalowy zespół Morthus na koncercie podczas Metalowej Wigilii w warszawskiej Progresji

Ich koncertu posmakowałam więc jak lizaka przez szybę – ledwo zdążyłam tupnąć nóżką, a chłopaki już schodzili ze sceny. Ale na tyle, na ile dosłyszałam to mogę Wam powiedzieć, że wyczuwam w nich jakiś potencjał. Na muzyce nie znam się kompletnie, nie jestem w stanie przewidzieć metalowych trendów, ale ich granie mnie po prostu chwytało, a malunki na twarzach i machanie rozczochranymi czuprynami, choć momentami bardzo zabawne, urzekało. Czuję, że z czasem zamienią dziecinny corpse-paint na konkretny zarost, a niewinne jeszcze pieszczenie gitary i niepewne szarpnięcia strun na silne i toporne riffy, które zadziwią nie jednego kuca.
W czasie piętnastominutowej przerwy, tuż po występie Morthus przebierałam nerwowo nóżkami i zaciskałam palce na rękawach bluzy, bo wiedziałam, że zaraz na scenę wejdą – nie wdrapią się, a wejdą – dumni i pewni siebie faceci z katowickiej Furii. I kogo bym tego dnia nie spytała o oczekiwania wobec dzisiejszego koncertu, wszyscy stawiali właśnie na Furię. Może ze względu na nowy album, który zasiał w polskich kucach trochę sprzeczności i zamętu? Może. Być bardzo może. Ale ja czekałam na ich występ z bardzo typowego dla mnie powodu – ogromnej ciekawości popartej jeszcze większym sentymentem.
I kiedy Nihil podczas „Kosi ta śmierć” wydobył ze swojej gitary pierwsze dźwięki, a potem spowił je swoim głębokim i cholernie naturalnym wrzaskiem, kolana się pode mną ugięły. Tak, jakby dźwiękiem tego sześciostrunowca, wzmocnionym stanowczą perkusją i wyraźnym basem zaaplikował mi coś znieczulająco-zmiękczającego. Odszedł cały ból, oczy zakryła mgła, a głowa zaczęła poruszać się w blackmetalowym rytmie gładząc moimi włosami ramię chłopaka stojącego obok. I choć do nowej płyty Furii nie byłam przekonana w 100%, tak „Zabierz łapska” i „Ciało” w wersji live pokazało mi, jak duży drzemie w tym albumie potencjał. Wyważone zwolnienia, kusząca melodyjność i echo pozostałe po każdym krzyknięciu Nihila – tak, taka mieszanka robiła mnie bardzo. Nie ukrywam, że liczyłam na choć jeden numer z Martwej Polskiej Jesieni, ale „Zamawianie Drugie” i „Ogromna noc” jakoś mi te rozczarowanie zniwelowały, jak słodycze gwałtowny spadek energii.

Zdjęcie przedstawia polski, blackmetalowy zespół Furia na Metalowej Wigilii w warszawskiej Progresji

Potem nadeszła główna gwiazda tego wieczoru – jak zwykli mawiać Ci zabawni i narzekający, czyli prawie dwugodzinna przerwa techniczna. Teraz wiem, że przedkoncertowe obawy były zbyteczne, bo czas minął szybko, dla niektórych był okazją do porozmawiania z dawno niewidzianymi znajomymi, a dla innych chwilą wytchnienia przed tym, co dopiero miało nadejść. Ja przerwę techniczną spędziłam w zasadzie w jednym miejscu, siedząc na podłodze i dyskutując z moim przyjacielem, dlatego raz jeszcze przepraszam te kilka osób, które chciały się ze mną spotkać, a nie dały rady. I dodaję – nadrobimy to na kolejnych zlotach. A do Pana, który podszedł do mnie, wcześniej rozpoznawszy, że to ja prowadzę tego małego bloga i uścisnął mi dłoń – wielkie dzięki. To miły gest. Bardzo.
Nie wiem czy dopada mnie już starość. Siwych włosów nie mam, libido nie spada, ale sam pociąg do scenicznych wariacji blackmetalowców już tak. Zdecydowanie wolę zespoły, które choć wyglądają niepozornie, wchodzą na scenę i robią widowisko takie, że ma się ochotę ucałować ich w muzyczne, spocone czoło. Po prostu. Bez odwróconych krzyży, ognia, sztucznej krwi. Z drugiej strony wiem, że ta blackmetalowa otoczka to konieczny element zespołów takich, jak na przykład Watain. Gdy weszli na scenę, pomyślałam sobie – zamknij oczy i słuchaj, patrz tylko wtedy, kiedy poczujesz, że rzeczywiście chcesz. Tak zrobiłam. Większość ich występu spędziłam z uniesioną głową, zamkniętymi oczami, wsłuchując się w każdy chwyt gitarowy, perkusyjną agresję i skowyt wokalisty. I wiecie co? Z glanów nie wyskoczyłam. Może dlatego, że od „Casus Luciferi” wolę „Sworn to the Dark”, a może dlatego, że sama Furia zrobiła mnie na tyle, że na ten występ zmuszona byłam patrzeć sceptycznie? Czasami brzmienie totalnie mnie nie zadowalało, kiedy dźwięk gitar przyćmiewała zbyt mocno wybita perkusja, kiedy z ogólnego szumu nie potrafiłam wyselekcjonować jakichkolwiek muzycznych partii. Występ Watain był dla mnie po prostu nudny. I nawet odwrócony krzyż, ogień ani sztuczna krew tego nie zmieniły.
Z Mayhem sprawa miała się trochę inaczej. Nie będę ukrywać, że to zespół, do którego jestem bardziej przywiązana niż do Watain. I wobec którego miałam też większe wymagania. Kiedy zaczęli grać, dreszcze przeszły mi plecach i czułam bardzo mocno, że oto obcuję z klasykiem, fundamentem black metalu. Ale w pewnym momencie technicznie stało się coś niedobrego, a zmęczenie powoli wyłączało mnie z gry. Owszem, widowisko zrobili po swojemu i zrobili dobrze – nawet do ich kapturowego image’u nie mam zarzutów, ale dźwiękowo występ leżał. I choć w kolejnych minutach ktoś próbował to naprawić, ja już odpływałam i nie rejestrowałam poszczególnych zmian. Po czasie dochodzę do wniosku, że może słuchanie takich zespołów na żywo nie jest dobrym wyborem. Wobec żadnego innego gatunku nie jestem tak wymagająca, jak wobec black metalu, pamiętacie? A ten, w wykonaniu Mayhem od początku był dla mnie bardzo intymnym zjawiskiem, którego nie dzieliłam z nikim i któremu ulegałam zazwyczaj w samotności, w swojej piwnicy. Zasmakowałam ich na żywo po raz pierwszy, ale nie wiem czy odważę się po raz kolejny wynieść tę relację na klubowy parkiet.

Powrót do codzienności

Do łóżka dotarłam przed drugą w nocy. Padłam na nie jak wymęczone zwierzę i do godziny jedenastej dnia następnego nie istniało dla mnie nic poza snem. Przebudzenie było o tyle smutne, że wiedziałam, że za chwilę przyjdzie mi pożegnać koncertowy weekend, piękną, wiecznie spieszącą się Warszawę i wrócić do codziennych obowiązków. Stolica jednak żegnać się ze mną nie chciała i realizując ideę wiecznie spóźnionych pociągów Intercity zatrzymała mnie na Dworcu Centralnym jeszcze przez dwie i pół godziny. W domu byłam tuż przed północą. Przekroczyłam próg mieszkania, zrzuciłam torbę z ramienia i jedyne co zdołałam z siebie wykrzesać to szloch – bezsilności, zmęczenia i tęsknoty za koncertem, który choć idealny nie był to black metalem utorował sobie bez problemu drogę do mojego serca.
Mam nadzieję, że na Metalową Wigilię uda mi się zawitać jeszcze nie raz, a samo wydarzenie nie będzie pociągać za sobą tak organizacyjnego chaosu, jak było to tym razem. Co więcej, mam nadzieję, że spotkam tam Was i z każdym, jeśli nie napiję się piwa, to chociaż przybiję piątkę i zamienię kilka słów. Do zobaczenia w przyszłym roku?
PODZIEL SIĘ

2 KOMENTARZE

  1. 12 marca Furia i Thaw w Gdyni :). A z tego, co mi powiedział Nihil to większa trasa szykuje się na jesień 😛

Zostaw po sobie ślad!