Już nie raz o tym pisałam i mówiłam – nie przykładam dużej wagi do urodzin. Tak było, kiedy przekraczałam umowną granicę dzielącą dzieciństwo od dorosłości i tak było wczoraj, kiedy kończyłam 22 lata. Zazwyczaj nie staram się, by na siłę uczynić taki dzień wyjątkowym. I zazwyczaj tego nie robię. Wtedy pracuję, gotuję, sprzątam i obijam się – tak, jak w inne dni. Jednak wczoraj zrobiłam wyjątek i odróżniłam 13 listopada od pozostałych dni roku, ale nie imprezą, tortem czy „Happy Birthday”. Uczciłam swoje 22. urodziny, wybierając się do kina na seans „Bohemian Rhapsody”. Czy film mi się podobał? Co uważam w nim za namiastkę arcydzieła, a co za katastrofę? O tym w dzisiejszym tekście.


Ostatni raz w kinie byłam kilka lat temu, nie licząc krótkiej wizyty na tegorocznym Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych. To haniebne, kulturalne zaniedbanie wynika przede wszystkim z braku czasu i filmu, który byłby w stanie zainteresować mnie do tego stopnia, że zapłaciłabym za bilet wstępu na seans. Wczorajsze reklamy nadchodzących premier filmowych, wyświetlane przed „Bohemian Rhapsody” tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że do kina nie wybiorę się zapewne też przez kilka następnych lat. Komedie romantyczne, efekciarskie sci-fi i filmy sensacyjne – nic, co wywoływałoby dreszcze na moim ciele. W przeciwieństwie do samego „Bohemian Rhapsody”. Tutaj nie obejrzałam nawet trailera. Ktoś robi film o Queen i gra ten typek z „Mr. Robot” – tyle mi wystarczyło na porządną zachętę. Już w tamtym momencie pomyślałam, że produkcja ta musi być albo rewelacyjna albo niesamowicie denna. Bo czy da się zrobić coś po środku, dotyczącego tak ogromnej i złożonej gwiazdy jaką było Queen i sam Freddie Mercury?

Po wczorajszym seansie okazuje się, że owszem, da się.

Bo choć „Bohemian Rhapsody” jako całość bardzo mi się podobało, jest kilka słabostek, które wytykają niemalże wszyscy recenzenci i z którymi niby się zgadzam, ale które nie zepsuły mi odbioru filmu. Dlatego nie będę się nad nimi rozwodzić. Wspomnę raczej o tym, co zrobiło na mnie dobre wrażenie.

Film jest bardzo… pogodny

Sposób prowadzenia kamery, kolorystyka obrazów, a czasami nawet dialogi przywodziły mi na myśl film familijny. Radosny, pełen energii, z prostym, lecz skutecznym dowcipem. Wątki, które do przyjemnych nie należały – rozmowy Freddiego z rodzicami, jego zakulisowa samotność, homoseksualizm i AIDS – zostały potraktowane dość łagodnie. Twórca mógł wycisnąć z tego porządną dawkę dramaturgii i powagi, a tego nie zrobił. Czy to dobrze czy źle? Można zarzucić, że w ten sposób historia Frieddiego została potraktowana dość wybiórczo, że nie oddano istoty jego gwiazdorczych wpadek i może trochę go wybielono. Moim zdaniem postąpiono słusznie, bo po pierwsze, nie miałam ochoty na Queen dramat na ekranie, a po drugie, jestem świadoma tego, że nie da się stworzyć filmu biograficznego, który opowiedziałby wszystko i w odpowiednim tonie – tak, by zadowolić widzów jednocześnie nie urażając muzyków, których historie się opowiada. Tutaj rozsądnie to wyważono, w duchu filmu, który można obejrzeć z całą rodziną.

Rami Malek może spać spokojnie – świetnie odegrał niesamowicie trudną rolę

Nie mam pojęcia jakimi cechami charakteru i jak ogromnym talentem musi wykazywać się aktor, który podejmuje się odegrania na ekranie Freddiego Mercury’ego. Kiedy dawno temu oglądałam „Mr. Robot”, nie podejrzewałam, że Rami Malek posiada taki dar. W „Bohemian Rhapsody” wyszło szydło w worka. Freddie Mercury jak żywy! Może trochę o zbyt młodzieńczym wyglądzie, może z ciut za małą tkanką mięśniową i przesadnie podkreślanym wysunięciem górnych zębów, ale te ruchy – zarówno zakulisowe, jak i sceniczne – wow! Jak to napisał jeden z czytelników tego bloga pod wczorajszym postem na Facebooku, Remi stanął na wysokości zadania. Ja powiedziałabym nawet więcej – odegrał rolę, która prawdopodobnie stanie się trwałym fundamentem całego jego aktorskiego dorobku.

Na uznanie zasługują również poboczni aktorzy – ci, którzy równie dobrze odwzorowali postaci pozostałych muzyków oraz Lucy Boynton (grająca Mary, niedoszłą małżonkę Freddiego) o pięknej twarzy, która może nie zapadła mi szczególnie w pamięć, ale która już w pierwszej scenie intryguje specyficzną mimiką. Rolę Johnego Reida odegrał Aidan Gillen, znany przede wszystkim jako Petyr „Littlefinger” Baelish z „Gry o Tron”. Ten to ma za to bardzo charakterystyczną gębę. I intonację.

Muzyczna uczta dla wszystkich – tych, którzy kochają i tych, którzy dopiero poznają Queen

Spora część utworów stworzonych przez Queen to prawdziwe hity. I nie zabrakło ich w tym filmie. W zasadzie większość produkcji to warstwa muzyczna oparta na największych przebojach. Twórcy dość sensownie, a czasami i zabawnie pokazali kulisy powstawania najbardziej znanych utworów. Stworzyli film, który nie tylko opowiedział mi jak powstał zespół, kim był Freddie i z jakimi problemami muzycy zmagali się w swoim własnym gronie, ale również zaspokoił moje koncertowe pragnienia. Przez większość filmu obawiałam się tego, w jaki sposób zostanie przedstawiony słynny koncert na Wembley. I kamień spadł mi z serca, kiedy uświadomiłam sobie – tak, zekranizowali niemalże cały, calutki. I to chyba tam Remi Malek dał największy popis swojej gry aktorskiej. Miotał się po scenie z taką samą energią, wykonywał niemalże identyczne ruchy. Przy końcowym „We Are The Champions” łezka spłynęła mi po policzku – na myśl o tym, jakim talentem obdarzony był Freddie i co ludzie potrafią zrobić pięknego, kiedy zbierze się ich do kupy, przed ich wspólnym „przedmiotem” uwielbienia.


W czasie trwania „Bohemian Rhapsody” i jeszcze przez kilka chwil po jego zakończeniu błąkały mi się w głowie myśli w stylu „czy to rzeczywiście wszystko tak wyglądało?”. Postanowiłam jednak oddać ten dylemat w ręce historii, a samego filmu nie traktować jak jednej z jej kartek. „Bohemian Rhapsody” to bogactwo muzyczne i aktorskie. I gdybym mogła, to życzyłabym sobie z okazji 22. urodzin, by na kinowe ekrany częściej trafiały takie produkcje. Wzruszające, porywające i inspirujące. Wtedy znalazłabym i czas i pieniądze, by do pobliskiego Heliosa wybierać się regularnie. Jeśli jeszcze nie widzieliście „Bohemian Rhapsody”, koniecznie to nadróbcie, niezależnie od tego, czy nazywacie się wielkimi fanami Queen czy słuchacie ich muzyki od święta. Film ten zapewni Wam mnóstwo pozytywnych emocji i okaże się dobrym pomysłem na przyjemne spędzenie wieczoru. Wczoraj na Facebooku pisałam, że w ramach oczekiwania na seans cały dzień spędzę z muzyką Queen. Dziś zrobię to samo, tyle że nazwę to przedłużaniem pofilmowej ekscytacji.

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!