Nie jestem skora do miłości. Gdyby przed rozpoczęciem życia dano możliwość wyboru i ustawiono trzy kolejki – po miłość, mądrość lub szczęście, w pierwszej z nich na pewno bym nie stanęła, wychodząc z założenia, że miłość wcale nie skutkuje szczęściem, które wolę mieć w rękawie, a mądrość zawsze się przyda. Życie jednak potrafi być nieprzewidywalne – największego twardziela doprowadzić do łez, największemu szatanowi pokazać łunę dobroci i poruszyć najtwardszy głaz. I dziś jestem takim głazem. „December Moon” szwedzkiego MORBID doprowadza mnie bowiem do ekstremalnej ekscytacji i wzruszenia, a serce moje pęcznieje szczerym uczuciem miłości. Miłości do metalu.

Bo gdyby ktoś rzucił w moją stronę prośbę: „Ej! Pokaż mi co w tym metalu jest najlepsze!” to długo bym się nie zastanawiała. Wepchnęłabym proszącego w fotel, sięgnęła po „December Moon”, wsunęła płytę w odtwarzacz, a po zwiększeniu głośności do bardzo wysokiego poziomu kliknęła play, szepcząc: „To słuchaj tego. Tylko nie popuść w gacie”.

Zabójcze riffy, których chwytliwość targa brutalnie za włosy. Perkusja pędząca jak koń – ale nie ten wiejski, ciągnący ociężale pług po polu ziemniaków, a czarny, dumny, umięśniony, raz sunący cwałem, raz galopem i zdumiewający zebraną na trybunach publiczność. No i wokal… Dead to niekwestionowany mistrz! Charyzmatyczny i wypełniony prawdziwym, a nie kukiełkowym złem. Pewnie gdyby podczas śmierci na wierzch wypłynęło jego serce, a nie mózg to zobaczylibyśmy najczarniejszą z możliwych czerni, znaną do tej pory wyłącznie Szatanowi. To naturalne zło Deada słychać. On nie musiał silić się na growl ani płukać gardła najostrzejszym spirytusem, żeby wydobyć z siebie złowieszczy skrzek. On to wokalne zło miał zawsze w sobie. I jedyne, co musiał robić to być sobą. Przy tym pisząc „zło” mam na myśli cholerną fascynację śmiercią i wszystkim, co z nią związane, nie zło jako takie, bo czy Dead był zły? Nie mnie to oceniać. A jego blond włoski i uroczy uśmiech i tak tej oceny by nie ułatwiły.

Dreszcze czuję przez cały czas trwania „December Moon”, przez całe 18 minut. Ale czasami zachwyt atakuje potężnymi falami – na przykład w „My Dark Subconscious”, już kiedy w 20 sekundzie wchodzi główny riff. Rety, jak on mnie robi! I jak dobrze, że w kolejnych sekundach ewoluując regularnie się pojawia (2:37 – mistrzostwo!). Punkt numer dwa – gitara akustyczna w „Wings of Funeral”, która z delikatności płynnie przechodzi w deathmetalową siłę. Za takimi urozmaiceniami w metalu jestem jak najbardziej za. Subtelnymi, ale nietracącymi z założonej na początku ciemności. Punkt numer trzy – śpiew Deada w „Disgusting Semla”. Gdybyście kiedyś zastanawiali się jak brzmi psychopata, kiedy stojąc nad kuchenką przygotowuje danie z upolowanej wcześniej ofiary i nuci pod nosem, to brzmi on właśnie tak! Ohydne, chore i jakże piękne.

Pierwszy raz „December Moon” usłyszałam ze trzy lata temu. Czas mija nieubłaganie, zmarszczki już pewnie piętrzą się pod skórą, podobnie jak tłuszcz, chcąc za kilka lat zaatakować brzuch, a MORBID zachwyca mnie z taką samą siłą. Ogromną siłą, która zdaje się nigdy nie osłabnąć.

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!