*Wpis zawiera śladowe ilości ironii i złośliwości. Na pewno tego chcecie?

Z samego rana zamiast kawy chłonę Internet. O szóstej rano nie istnieje dla mnie rzeczywistość, a jedynie fikcja utkana – gorszym lub lepszym – transferem danych. Pierwsze uniesienie powiek równe jest chwyceniu za telefon leżący na stoliku obok, a poranne minuty to zachwyt lub żenada, nad którymi potrafię rozczulać się bardzo długo. Ciekawi tego, co odczuwam najczęściej? Czytajcie dalej.
Początek to sprawdzenie wiadomości i powiadomień na Facebooku oraz pobieżne przejrzenie co ciekawszych postów. Później, po poprawieniu poduszki lub zjedzeniu śniadania zaczyna się bardziej ekstremalna jazda, bo odświeżenie Instagrama – a tam pojawiają się rzeczy, o których żaden czterdziestolatek trzymający się kurczowo swojej szarej rzeczywistości nigdy nie pomyśli. Selfie z wymuszonym uśmiechem lub dziubkiem już przestały mnie dziwić. Zdjęcia ładnie ułożonych kanapek o wątpliwym smaku? Co Wy. Pierwsze miejsce na Instagramie od wielu tygodni zajmuje mrok.
Nie mówcie, że tego nie znacie. Dziewczyn chorobliwie fascynujących się ciemnością i hasztagujących swoje zdjęcia #darkness jest więcej niż członków w ustach przeciętnej gwiazdy porno. A z mrokiem mają pewnie tyle wspólnego, ile owa aktorka z moralnością. Profile #darkgirls zapełnione są z reguły jednym i tym samym – starannie ułożonymi blackmetalowymi płytami, biletami na koncerty najbardziej true, śmiercionośnych zespołów, mrocznymi ciuszkami dopieszczonymi do ostatniego wgniecenia, kotami, lasami. Króluje, rzecz jasna, czerń i biel. Minimalizm w całej okazałości.
Musicie pamiętać, że w Instagramie nie chodzi o to, w jak dużym stopniu fotografie odzwierciedlają realne życie. One mają być po prostu ładne. Mają intrygować i wzbudzać zazdrość przyprawiającą o mdłości. Tak, żebyście to ledwo wepchnięte w siebie śniadanie zwrócili szybciej niż przesadzoną ilość alkoholu zeszłej soboty.
Oczywiście z założenia to miejsce miało umożliwiać kolekcjonowanie co lepszych chwil życia, zamkniętych w kwadratowych fotkach. Ale co z tego wyszło? Miliony profili powielających jeden schemat lub pod podany wzór układających swoje codziennie funkcjonowanie (bo i tacy się znajdują, co nie rozumieją, że Internet to osobne prawa, które niekoniecznie powinny wiązać się z realnością).
Widzicie różnicę? Wiadomo, idea rzadko pokrywa się z przyszłym działaniem. Gdyby w nasze ręce oddano narzędzie niezbędne do rozprzestrzenienia światowego pokoju to pewnie i tak użylibyśmy go do rozniecenia kolejnych, krwawych batalii. Tacy już jesteśmy.
Włodek Markowicz powiedział kiedyś, że portale pokroju Instagrama to wycinki najciekawszych chwil z ogólnie nieciekawego życia. Miał rację. Ile takich momentów może być? Jeden w ciągu dnia? Kilka w ciągu miesiąca? Jesteśmy próżni. Lubimy, kiedy zwraca się na nas uwagę i kiedy nasze życie nazywa się fascynującym. Uwielbiamy czuć się lepsi od innych. Z rozkoszą pławimy się w blasku swojej wyjątkowości, mimo że ten blask to zaledwie poświata, a nasza niezwykłość to nic innego jak szarość, tylko czasami ubrana w kilka kolorowych pikseli.
Dziś podałam przykład mrocznych dziewczyn. Ale czy my jesteśmy inni? Czy nasze instagramowe profile przypadkiem nie opierają się na tym samym? Niektórzy nie są tak banalni w swoich pragnieniach i dbają o fotograficzną różnorodność. Pojawia się kolor, zróżnicowana tematyka upublicznianej treści. Ale koniec końców, kierują nami te same motywy i identyczne żądze, czyż nie?

Tekst wymagał ode mnie sporego cynizmu, a teraz, kończąc już jego tworzenie, czuję, że z uprzejmością jest mi lepiej i do twarzy. Dajcie znać, co sądzicie. Jakby nie patrzeć, to przysłowiowy temat rzeka, a przy takich najłatwiej o dyskusje.
PODZIEL SIĘ

4 KOMENTARZE

  1. Ale gwiazdy porno to Ty szanuj. One mają często więcej w dupie niż przeciętny człowiek w głowie (hueheuheuheuhe). Tak btw sądzę, że dobrze, że narzekasz w końcu na coś. Proszę o więcej jeżdżenia po absurdach internetu

  2. Och! Czytając ten wpis zastanowiłam się, czy nie powinnam usunąć swojego ostatniego zdjęcia, bo trochę wstyd może być. 😀
    Ale tak już na poważnie. „Z rozkoszą pławimy się w blasku swojej wyjątkowości” – wiem, że wyrwałam tylko część zdania, ale naszła mnie refleksja z dzisiejszego wykładu odnośnie psychologii komunikowania. Pojawił się na nim aspekt komplementowania, a mianowicie, że w naszym polskim społeczeństwie nie jesteśmy uczeni przyjmowania komplementów, a więc tym samym nie jesteśmy w pełni zdolni i chętni komplemetować innych, sprawiać, żeby czuli się wyjątkowi. Nie chodzi tu o nadskakiwanie i wymuszoną uprzejmość rzecz jasna, ale o zwykły, miły gest.
    I może przez to sami w jakiś nieudolny sposób, poprzez Instagrama i inne współczesne narzędzia staramy się poczuć wyjątkowi na własną rękę, bo inni nie chcą/nie potrafią nam przez taką drobnostkę, jak są nawet najmniejsze komplementy, uświadamiać naszej wartości i wyjątkowości.
    Jej, trochę zawile i nie jestem pewna, czy wszystko, co chciałam, jasno przekazałam w natłoku myśli.

    • Idąc takim tokiem rozumowania to ja musiałabym pewnie usunąć połowę moich instagramowych zdjęć. 😀

      Masz rację. Coś w tym problemie z przyjmowaniem i podarowaniem komplementów jest. Z tym, że nad wszystkim da się pracować. Siłę da się posiąść, a słabości okiełznać. Wtedy nie istnieje coś takiego, jak konieczność słuchania jacy jesteśmy wyjątkowi i cudowni – albo istnieje, ale nie w tak duuużym stopniu.

      Po przeczytaniu Twojego komentarza pewnie napisałabym ten tekst jeszcze raz, pod troszeczkę innym kątem. Niech zostanie jednak tak, jak jest, a Tobie Marto dziękuję za tak długi komentarz pełen zaangażowania w temat! 🙂

Zostaw po sobie ślad!