Połowa czerwca, sesja dobiega końca, a słońce grzeje zdecydowanie za mocno. I z tak entuzjastycznym podejściem, z zimnym trunkiem obok i laptopem na kolanach tworzę kolejne zestawienie muzycznych łupów i oddaję je w Wasze ręce. Dziś będzie o tym, jak jedna z wytwórni muzycznych mnie przechytrzyła i powiem Wam w sekrecie gdzie za niewielkie pieniądze można kupić naprawdę warte przesłuchania krążki. Czyli krótko mówiąc, oszustwa i przebiegłość. Czy może być coś bardziej kuszącego? Zaczynamy.

OBYWATEL G.C. – OBYWATEL G.C.

ObywatelGC_photo

Obywatel G.C. to przede wszystkim Grzegorz Ciechowski. Nie kojarzysz nazwiska? Dobrze, bo jeśli nie Ciechowski to Republika. Te trzy nazwy są ze sobą ściśle związane i jestem pewna, że jeśli nie kojarzysz nazwiska to na pewno gdzieś z tyłu głowy została Ci Republika. Bo może rodzice słuchali, albo znajomi, co to lubią starsze, oldskulowe brzmienia. Toż to przecież kawał muzycznej historii naszego kraju!

Rok 1981, Toruń. Powstaje Republika – zespół, który pograł przez około pięć lat, potem rozpadł się na rzecz solowej działalności Ciechowskiego, czyli naszego dzisiejszego Obywatela G.C., a potem powrócił do aktywności. I tak przez około dwanaście lat szaleli w studiu i na scenie, żeby zakończyć działalność w roku 2002 z powodu śmierci lidera.

Kilka zdań z historii się przyda. Chociażby po to, żeby łatwiej przyswoić geniusz Ciechowskiego. Tam, gdzie jego teksty i głos, tam aktywna działalność i sukces. Jako poeta i muzyk z zamiłowania wiedział jak pisać o rzeczach niekoniecznie łatwych. W „Obywatelu G.C.” w bardzo umiejętny sposób przeplata zmysłowość z dosadnością. I możecie zabić mnie za tę sentymentalność, ale wraz z pierwszymi dźwiękami „Paryż-Moskwa 17.15” usłyszałam w tym najlepszy album The Sisters of Mercy. Wiecie, ten mrok gęsto wylewający się z głośników, głos tak erotyczny, że chciałoby się go zapętlać w kółko i w kółko, teksty będące poezją i do tego zahaczające wręcz o wulgarność charakterystyczną chociażby dla Wojaczka. To teraz, w dobie Internetu i dostępności do dziwactw wszelkiego rodzaju mnie fascynuje, a co musieli czuć ludzie, kiedy usłyszeli to trzydzieści lat temu! Cudo, mówię Wam, cudo.

Głęboko wierzę w upodobania moich czytelników i dlatego myślę, że niektórzy z Was na pewno znają ten album i mój zachwyt pobierają tylko ku potwierdzeniu własnego. Ale mam też nadzieję, że moje słowa w jakiś sposób kształtują, dlatego poznawajcie działalność Ciechowskiego, bo ona zapamiętania warta jest, powiadam.

ERIC CLAPTON – LOUISE

EricClapton_photo

I tu znów dochodzimy do ciężkiego momentu, w którym muszę odważyć się napisać kilka słów o klasyce. Nie lubię tego robić, bo przecież o muzykach pokroju Claptona wszystko już zostało powiedziane, a każda płyta dosadnie zrecenzowana. Więc powiem Wam tylko tyle, że „Louise” to zbiór utworów z czasów, kiedy to Clapton grał jeszcze w The Yardbirds. Kawał dobrego, bluesowo – rockowego grania. Gitarowa wirtuozeria Claptona, charakteryzujące dźwięki harmonijki i zadziorny wokal. Tak lubię.

A co do samego The Yardbirds, na tym etapie śmiało możecie nie kojarzyć tego zespołu. Sama go nie kojarzyłam dopóki nie zainteresowałam się bardziej jego historią. Ale jeśli powiem Wam, że trochę po odejściu Claptona w składzie pojawił się Jimmy Page? Już powinno się Wam rozjaśniać. A jeśli dodam, że po kilku latach Jimmy Page został w zespole sam i żeby uratować skład zatrudnił jeszcze trzech muzyków: Johna Bonhama, Roberta Planta i Johna Paula Jonesa? Tak, The Yardbirds to były zalążki słynnego i cenionego Led Zeppelin! Od czegoś musiało się zacząć, nie?

„Louise” i „Obywatela G.C.” udało mi się wygrzebać w wielkim pudle stojącym przy wejściu do księgarni Matras. Spacerowałam sobie od tak, ku poprawie humoru w czerwcowy, deszczowy dzień i nawet przez myśl mi nie przeszło, że może skończyć się to dla mnie +2 do kolekcji. I to za niecałe dwadzieścia złotych! Uznajcie to jako zdradę mojego sekretu, bo płyty są naprawdę porządne, a wycenione tak nisko, że z jednej strony żal a z drugiej duża radość. Większość z nich to były ogniskowe składanki polskiego rocka lub ckliwe balladki do kolacji z ukochanym, no trudno. Ale wytrwałość popłaca. Po przebrnięciu przez tę pierwszowarstwową szarość dało się dojrzeć TSA, wiersze Stachury w ładnej aranżacji czy odrobinę muzyki klasycznej. Szukajcie a znajdziecie!

MOROWE – S

Morowe_vinyl_photo

I nadeszła pora na coś mocniejszego (mogliście się tego spodziewać). Zauważyłam, że kiedy zarzucam black metalem w tych zestawieniach to zawsze jest to zespół polski. Mgła, Batushka, Behemoth, teraz Morowe. Robiłam to nieświadomie, naprawdę. Widocznie mam sentyment do naszego krajowego ciężaru. Bo na polityków możemy narzekać, na pogodę, zarobki i reformy edukacji też, ale na metal nigdy! Muzycy u nas mają w sobie to coś, jakiś specyficzny mrok. Wyczuwa się w nich duża energię i chęć do grania. Tworzą oryginalnie, niekoniecznie odwzorowują norweski styl brzmienia. I to bardzo cenię. Mogą pałać obojętnością wobec fanów tak, jak robi to m.in. Nihil – wokalista Morowe, ale to i tak nie umniejsza jakości ich grania i zainteresowania nimi. Nie brakuje im pomysłowości nawet w aspekcie wizualnym. No i teksty w języku polskim, to jest właśnie to. Bo jak najdosadniej można wyrazić bezsilność, mrok i ciężar duszy jeśli nie w rodzimym języku? Często odczuwałam ból z powodu tego, że artyści na siłę starali się tworzyć w języku angielskim. Tak, jakby miało im to z automatu otworzyć drogę na wielki świat. Ale to też zależy od aspiracji muzyków. Zespół zespołowi nierówny.

Morowe_vinyl_photo_1

Morowe_vinyl_photo_2

„S” to bardzo klimatyczny album. Nie jest to puste i bezmyślne łupanie po strunach i garach, a dobrze przemyślane dzieło, z przyjemnymi, melodyjnymi wstawkami. Z tą melodyjnością oddzielającą kolejne dawki ciężaru przypomina mi Furię, nie ma co ukrywać. Nihil jest tak wyrazistą postacią, że nie da się go nie zauważyć, a jako wokalista tworzy te dwa zespoły w znaczącym stopniu i odciska na nich ogromne piętno. Riffy wchodzą w umysł jak nóż w masło, tekst zaciska te wszystkie dźwięki i zbija je w jedną, spójną i trwałą bryłę. I tą bryłą dostaję prosto w głowę za każdym razem gdy włączam winyl. To jak słodkie, wyrafinowane samobójstwo. Tak, umieram za każdym razem w towarzystwie riffów, blastów, growlu i screamu.

Morowe_vinyl_photo_3

I nie mierzi mnie nawet fakt, że za winyl ten przepłaciłam. Kilka dni po zakupie, kiedy śmigał już na gramofonie Witching Hour Productions zamieściło na fejsbuku wiadomość o 25% zniżki na wszystkie produkty. Tak. Poczułam się jak kruk oszukany przez lisa. Ale tak czy siak, warto było.

Na dziś to koniec moich muzycznych uniesień. Zachęcam Was do komentowanie i dyskusji na fejsbukowej stronie bloga, bo informację o każdym nowym tekście zamieszczam oczywiście tam. Mam nadzieję, że wraz z końcem sesji powróci regularność w dodawaniu wpisów, bo pomysłów nie brakuje, a jedynie czasu. Trzymajcie kciuki i do następnego!

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!