Niedzielny, chłodny wieczór pachnący długo wyczekiwaną jesienią. Siadam do biurka otulona ulubionym kocem, pocieszona kubkiem ciepłej herbaty i klepię dla Was kolejny wpis. Dzisiejsze Z Muzyką Na Półce będzie o tyle wyjątkowe, bo złożone wyłącznie z Waszych propozycji.

Kilka dni temu na Facebooku umieściłam zdjęcie zdobyczy z ostatnich miesięcy i poprosiłam, żebyście pomogli mi zdecydować. Jakże ucieszyła mnie ochocza reakcja wiernych czytelników! Dlatego jeszcze raz, tutaj, oficjalnie dziękuję Marcie Stock, Szczepanowi Pruszynskiemu i stronie Mam doskonały gust muzyczny i czyste sumienie. A ty? za szybciutki komentarz. Wysyłam Wam szeroki uśmieszek, biorę łyk herbaty za Wasze zdrowie i przechodzę do rzeczy jak podekscytowany nastolatek do drugiej bazy.

Pearl Jam – Ten

Rozpoczynamy od klasyków i powoli robi się z tego tradycja, równie niezręczna co siedzenie z kłótliwą rodziną przy wigilijnym stole. Bo co ja mogę o Pearl Jamie jeszcze napisać? Każde słowo to trochę jak strzał w stopę, bo zostało wypowiedziane już setki razy. Ich debiutu zwiększyć się nie da, zasług umniejszyć nie wypada, a w większości recenzje takich płyt to powielanie schematu poprzedników. Ale taka była wola ludu!

Zdjęcie przedstawiające płytę "Ten" grungowego zespołu o nazwie Pearl Jam
Pearl-Jam-Ten

„Ten” to pierwszy album Pearl Jam, który poznałam. Więc w prosty sposób wystartowałam z najwyższej półki w ten sposób narzekając na każdą kolejną. Bo za mało energii, bo nie ma tego chwytliwego czegoś, bo to już nie ten urok i niewinność. Znam niemalże całą dyskografię wychodząc z założenia, że co to byłby za romans, gdybym interesowała się tylko jedną częścią ciała kochanka. Ale nie ma co ukrywać – „Ten” jest najważniejszą, najdoskonalszą i najbliższą mojemu serduszku. Lubię czystą wersję odtwarzaną z CD, lubię live z Pinkpopu i akustyczny koncert z ‘92 (o którym nawet już pisałam). A ten, kto odporny na urok Eddiego i reszty niech pierwszy rzuci we mnie kamieniem.

Siekiera – Nowa Aleksandria

„Nową Aleksandrię”, tak jak kilka innych płyt, wygrzebałam w koszu przecen z Matrasie. Czerwone takie, z nietypową okładką to wpadło w oko. Jednak Siekiera, do momentu wrzucenia płyty w odtwarzacz, kojarzyła mi się wyłącznie z punkowym młóceniem. Wyobraźcie sobie moje zaskoczenie, kiedy z głośników zamiast gitarowego natłoku zaczął płynąć chłód i minimalizm równy brytyjskim nowofalowcom. Leżałam na podłodze, łapałam dokładnie każdy dźwięk patrząc przez okno na błękitne niebo poprzecinane białymi chmurkami. Myślałam sobie – to nie ta sceneria. Przy „Nowej Aleksandrii” to powinien dmuchać wściekły wiatr, uderzać o szyby gradem lub chociaż obfitym deszczem.

Zdjęcie przedstawiające płytę "Nowa Aleksandria" polskiego zespołu punkowego o nazwie Siekiera
Siekiera-Nowa-Aleksandria

Czytałam co nieco o Siekierze i wychodzi na to, że zespół przechodził brzmieniową metamorfozę. Od punkowego hałasu z czasów Jarocina, kiedy to na froncie stał Tomasz Budzyński – chłop duży, energiczny i pełen ekspresji, do okrojonego, ale perfekcyjnego i wyszlifowanego dźwięku Tomasza Adamskiego. Łatwo można domyślić się, że taka zmiana niezbyt przypadła do gustu wiernym punkowcom żądnym energii na scenie i krwi tuż przed nią. Ja za taką muzyką nie przepadam, więc dopieszczone i oryginalne dźwięki „Nowej Aleksandrii” przypadły mi do gustu już za pierwszym jej odtworzeniem. A jakiś czas temu oglądałam wywiad z Tomaszem Budzyńskim prowadzony przez jednego z moich ulubionych pisarzy – Łukasza Orbitowskiego. Jeśli interesuje Was historia byłego lidera Siekiery, obejrzyjcie.

Seagulls Insane and Swans Deceased Mining Out The Void

Przyznacie, że złożoność nazwy jest imponująca, co? Fascynujące, że ta zawiłość przekłada się też na brzmienie. Bo „Seagulls…” to kupa mroku, ciężaru i śmierci okraszona dziwactwem, którego dawno nie było mi dane zaznać. Stworzona przez dwójkę utalentowanych i doświadczonych muzyków – Mateusza „Havoca” Śmierzchalskiego z Blindead i Michała „Nihila” Kuźniaka z zespołów takich jak Furia, MasseMord czy Morowe (o tym też już było na blogu, koniecznie nadrób zaległości!).

Zdjęcie przedstawiające płytę polskiego, black metalowego zespołu Seagulls Insane And Swans Deceased Mining Out The Void
seagulls-insane-and-swans-deceased-mining-out-the-void

Jeden i drugi wie jak tworzyć przyzwoitą muzykę, niekoniecznie skierowaną do szerszej publiki, ale porządną w przekazie i technice. Jak przyznali w jednym z wywiadów, album nagrywali zamknięci w leśniczówce, otoczeni zaśnieżonym lasem i ciszą. Pomysł podkradli norwegom z Mayhem to może i stąd ta dobrze wszystkim znana siła rażenia?

Album mało znany, niezbyt doceniany, w dodatku kupiłam go na przecenie w Witching Hour, co też mówi samo za siebie. I pewnie oczekujecie ode mnie elaboratu na temat tego, z jakim impetem ich dzieło zrównało mnie z podłogą. I może tu Was zaskoczę, ale… nie zrównało. Nie oszołomiło mnie celnym ciosem, nie wybiło zębów, nie zatrzymało bicia serca, a wprawiło zaledwie w drobne podrygi.

seagulls_insane_and_swans_deceased_mining_out_the_void_photo_2

Utworów jest pięć. Każdy z nich miał w sobie coś kuszącego i chwytliwego, ale albo zaczynał się w mało zachęcający sposób albo kończył jakimiś piskami przy wysokiej głośności niezbyt nieprzyjemnymi dla ucha (utwór III). Mam świadomość tego, że to celowy zabieg mający wyrwać z Piekieł najgorsze stwory i rzucić je nam przed twarz. Ale mnie nie chwyciło. Chcieli popracować razem, nagrali, jest prawidłowo. Płyta dobra, warta polecenia, przesłuchania i zapamiętania, ale bywały lepsze, co facetom urywały jaja, a kobiety doprowadzały do szatańskich jęków.


Tyle na dziś. Wypisałam to, co leżało mi na duszy. Wymęczyłam klawiaturę tak, że błaga o odpoczynek. Zagłuszyłam Radio Maryja dochodzące z mieszkania wyżej mieszanką grunge’u, nowej fali i black metalu. I teraz Wasza kolej na aktywność! Dajcie znać co sądzicie, czy przesłuchaliście, czy się podobało. Jestem do Waszej dyspozycji, jak zawsze, na Facebooku.

Zostaw po sobie ślad!