Gdybyście spytali mnie o ulubione gatunki metalu bez zawahania odpowiedziałabym – black i doom. Tymi dwoma rodzajami buduję sobie nastrój przez większość dni w roku, ewentualnie przy Wigilii zahaczając o thrash, Wielkanocą o gothic, a w święta narodowe zaliczając death. Do tej pory nie sądziłam, że trafię na zespół, który jednym albumem zapewni mi mieszankę ulubionych odmian, a przy tym okaże się zespołem bardzo młodym, bo zaledwie z tą jedną płytą na koncie. Kilka dni temu moje niedowierzanie dobiegło końca, bo trafiłam na Above Aurora i ich „Onwards Desolation”.
Doom i black metal to w zasadzie dwa bardzo odległe od siebie gatunki, choć przecież biegające po tej samej podstawie. To pierwsze zbałamuciło mnie ciężkim, wolnym, depresyjnym graniem, a drugie szybkim, pełnym nienawiści i spotęgowanym do ostatecznych granic, mrocznym łupaniem. Każde z nich dobierane jest selektywnie ze względu na nastrój, który mnie dopadł lub który pragnę uzyskać. Z reguły udaje mi się to bardzo dobrze, bo w takiej sytuacji sięgam wyłącznie po sprawdzone zespoły. Ostatnio zrobiłam wyjątek. I ten wyjątek wdrapał się na moje ramiona, odchylił włosy i wepchał się przez ucho do głowy. Czym? Przede wszystkim zróżnicowanym pod względem tempa graniem, wyrazistym wokalem i wytwarzaną atmosferą.

Jesteście ciekawi co sądzę o Above Aurora i „Onwards Desolation”? Zajrzyjcie niżej.

Po raz pierwszy oceniam zespół, który dotąd nie wytworzył we mnie żadnego pokładu emocjonalnego. Czuję się jak kawałek niezamieszkanej ziemi, na której nie istnieją pokłady żadnego ze złóż, jak tkanina nieskalana jeszcze czerwienią krwi. Wobec Above Aurora i „Onwards Desolation” jestem jak dziewica – czysta, niewinna, dopiero zmierzająca ku niemoralności.

Zdjęcie przedstawiające członków metalowego zespołu Above Aurora

Ta trójka facetów wie jak rozbudzić najdziksze pragnienia. W sposób taki, że przy doomowych zwolnieniach mam ochotę rozpuścić włosy, zsunąć koszulę i wyjść w otchłań ze wzrokiem utkwionym w pełnym Księżycu. Mówię Wam, Above Aurora nie oszczędzają już od początku. To w rytm pierwszego utworu „Vortex”, złożonego z chwytliwych riffów przerywanych regularnymi, sekundowymi wyciszeniami mam ochotę kroczyć, a wokal dopełniający gitarowe chwyty porusza moim ciałem jak w opętaniu.
Perkusja rozpoczynająca drugi utwór – „Open the Wounds” pokazuje, że i tutaj słabiej nie będzie. Po chwili przygniatają tak wolne, ale ciężkie riffy, że człowiek ma ochotę stanąć pod ścianą i czekać na odstrzał. W zasadzie dobrze się składa, bo po kilku sekundach bębny nabierają tempa, a utwór zdaje się być karabinem maszynowym rozpruwającym ciało nie tyle szybkimi, co równymi, silnymi uderzeniami.

Naprzemienne zwolnienia i przyspieszenia – to domena całego „Onwards Desolation”

W tak samo wolnym i zabójczym tempie ekstazę zapewnia „Descending” i „Eradication of Light”. Z tym, że utwór drugi rozpieszcza dodatkowo spokojnym głosem, powiedziałabym, że zahaczającym nawet o deklinację, by potem nabrać agresji i ramię w ramię z ostrą perkusją uderzyć we mnie jak twardym narkotykiem o zubożałe neurony.

Zdjęcie przedstawiające okładkę płyty Onwards Desolation zespołu Above Aurora

Zastanawiacie się, gdzie jest w Above Aurora jest ten black metal, o którym wspominałam na początku? On dryfuje po całej powierzchni „Onwards Desolation”, plącze się między zwolnieniem jednym a drugim, jest kwintesencją całego mroku budowanego przez posuwiste, opieszałe gitary, a potęgowanego przez ochrypły, wyrazisty wokal. Choć nie sądzę, by to Wam wystarczało. Above Aurora też to wiedzą i dla głodnych black metalu dedykują ostatni utwór – „Non Salva Me”.

Nie łudźcie się, że usłyszycie black rodem z Norwegii i lat 90. „Onwards Desolation” to granie świadome, umiejętne, znające swoje fundamenty, ale przy tym nowoczesne i oscylujące wokół nowatorskich rozwiązań. Naiwnością byłoby stwierdzenie, że stworzyli coś zupełnie innego. Bo nie stworzyli. Ale zrobili coś, co zdecydowanie zasługuje na uwagę, jedno miejsce na półce i stałe w muzycznym umyśle każdego doomowo-blackowego fanatyka.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!