Jacek był fajnym chłopakiem. I przystojnym. Może nie tak, żeby wszystkie dziewczyny w liceum się za nim oglądały, ale w babskich, klasowych rankingach zawsze zajmował wysoką pozycję. Myślę, że zasługa była m.in. po stronie jego brązowej, wiecznie rozczochranej, bujnej czupryny, koszul w kratę, których nigdy nie zapinał ani na jeden guzik, a narzucał zadziornie na t-shirty, no i tenisówek. Panowała wtedy moda na styl luzaka-buntownika. Z tym, że skuteczna była wyłącznie wtedy, kiedy za wyglądem szedł buntowniczy sposób życia. A Jacek taki był.
Lubił zapalić papierosa za rogiem szkoły, niedaleko okna od pokoju nauczycielskiego. Na imprezach pił dużo, ale trzymał fason i miał nad sobą kontrolę. Na lekcjach pojawiał się rzadko, ale jeśli już to za każdym razem z czymś mądrym do powiedzenia, czym pozostałych uczniów wprawiał w zazdrość, a nauczycieli w niemałe zaskoczenie. Kiedy rozbrzmiewał dzwonek na przerwę, Jacek wrzucał do plecaka swój jeden jedyny zeszyt i wychodził, znikając na te 10-15 minut zupełnie. Nie integrował się z ludźmi z naszej klasy. Uciekał za to w ramiona starszych kolegów i dziewczyn, które mimo że zaledwie dwa lata starsze od nas, były zdecydowanie bardziej dojrzałe. Duże piersi, ostry makijaż, wysokie buty i torebki zamiast plecaczków.
Nikt poza nauczycielami nie był na tyle odważny, żeby do Jacka zagadać – podejść na przerwie i o cokolwiek spytać. Krążyła wokół niego spora aura tajemniczości, a fakt, że grywał na gitarze elektrycznej i słuchał hard rocka dodawał mu nie tylko powagi, ale i tego buntowniczego charakteru, o którym wspominałam wcześniej. Czasami mówi się o facecie, że ma w sobie „to coś”. I jeśli już w okresie licealnym „to coś” może się w mężczyźnie wytworzyć, to Jacek na pewno to miał.
Nie wiem który z bogów postanowił w tamtym czasie na mnie spojrzeć i dlaczego akurat na mnie, ale pewnego dnia, kiedy akurat opuściłam lekcję WF i marnowałam czas czytając książkę przy szkolnej bibliotece, Jacek do mnie zagadał. Oczywiście miałam świadomość tego, jakie plotki o nim krążą i jakie emocje wśród ludzi wzbudza. Jeśli bywało się w szkole w miarę regularnie ten fakt był nie do przeoczenia. Mnie on jednak nie dotyczył. Może dlatego, że sama już co nieco z rocka słuchałam, na gitarze też brzdąkałam i te wszystkie teksty rzucane przez rówieśników były dla mnie równie wiarygodne co przedwyborcze obietnice polityków.
Szybka wymiana zdań na temat szkoły i nieszkoły. Szybka wymiana spojrzeń – powierzchownych i przenikliwych i wychodzi na to, że coś wtedy zaskoczyło. Nie żeby miłość od pierwszego wejrzenia czy zachwyt najwyższych lotów. Po prostu podobieństwo – nie charakterów, ale na pewno zainteresowań.
Później znajomość rozwinęła się szybko. Rozmawialiśmy na wszystkich przerwach, początkowo wprawiając ludzi z naszej klasy w ogromny szok. Czasami spotykaliśmy się po lekcjach, zahaczając o McDonald, by potem najedzeni wpaść do jego domu i posłuchać głośno muzyki, póki rodzice jeszcze byli w pracy. Niekiedy bywało tak, że i ten czas spędzony na żywo nie wystarczał. Wtedy wieczorem dodatkowo kontaktowaliśmy przez Skype. On palił papierosy i popijał piwem, ja gryzłam ciastka i siorbałam herbatę, najczęściej z cytryną i oboje słuchaliśmy muzyki – tej samej, puszczanej przez jedną albo drugą stronę. Jakość dźwięku w zależności od połączenia internetowego była raz lepsza, raz gorsza, częściej jednak gorsza. Gdybym miała jednak te konwersacje podzielić na części – treść, forma, klimat to treść byłaby na końcu. Rozmowy, właśnie w takiej formie i takim klimacie, tworzyły między nami niepowtarzalną więź, której chyba już nigdy później z nikim nie stworzyłam. I tworzyłyby nawet gdybyśmy nie mówili kompletnie nic, a gapili się na siebie, on znad butelki piwa, a ja znad szklanki z herbatą. Znajomość chyba dlatego była wyjątkowa, bo ani przez chwilę nie opierała się na podtekście seksualnym. Była czysta i mimo że trochę zwariowana biorąc pod uwagę to, jak różne były nasze charaktery to jednak prawdziwa i jeśli trzeba, pełna poświęceń.
Dlaczego przytaczam tę znajomość i tę historię? – spytacie – Jaki w tym sens?
A bo przez Jacka poznałam m.in. Nicka Cave’a, którego wczoraj i dziś słucham od samego ranka po późną noc, i to w dodatku tej samej płyty – „Push the Sky Away”. Naprawdę. Jest rewelacyjna! Kojąca nerwy, delikatna i wypełniona różnymi smaczkami – prawie jak zielona herbata, tyle że lepsza. Świetna zarówno w trakcie dnia pełnego różnorakich zajęć, jak i wieczoru, kiedy człowiek może z czystym sumieniem położyć się, zamknąć oczy i po prostu słuchać.
Płyta zaczyna się wyrazistym „We No Who U R”, a kończy rozmytym, hipnotyzującym „Push the Sky Away” (ten naprawę warto usłyszeć!). I ta klimatyczna rozpiętość jest już znakiem, że dzieje się na tym albumie naprawdę mnóstwo. Pomiędzy wymienionymi dwoma utworami świetne „Mermaids” z linią wokalną, która płynie, płynie i prowokuje do powolnego, wieczornego tańca na środku ulicy, w deszczu, w żółtym świetle przydrożnych lamp, z luźno i szeroko opuszczonymi ramionami, zadartą głową i włosami, które zmoczone przyjmują postać strączków i sięgają samych bioder.
W tym momencie gubię sens wymieniania i charakteryzowania wszystkich utworów, bo jest to pewne spłycenie, którego nie chcę dokonać. Po prostu posłuchajcie, jeśli lubicie spokojną, klimatyczną i wyjątkową muzykę, zarówno jeśli nie znacie albumu i jeśli go znacie. Bo okazja zawsze jest dobra, a szukać trzeba wyłącznie powodów do słuchania, nie do odrzucania. Tak myślałam wtedy, rozmawiając z Jackiem i tak myślę teraz, kiedy Jacka nie ma, a wspomnienia o nim już powoli się zacierają, jak u staruszki z rozpoznanym Alzheimerem. Podobno znajomość warta jest tyle, ile dzięki niej było nam dane się nauczyć. Jeśli rozważać relacje z ludźmi jednak pod kątem ilości dobrej muzyki poznanej przez drugą osobę, Jacek do tej pory miał niewielu równych sobie rywali i utrzymuje się w niekwestionowanej czołówce.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!