Na bycie muzycznym świrem i pisarzyną składa się wiele rzeczy. Magazynowanie płyt, całodobowe katowanie odtwarzacza, zachwalanie zespołów, których nikt nie zna, zapełnianie Facebooka youtubowymi linkami, których i tak nikt nie otworzy – to tylko początek. Potem nadchodzi moment, kiedy trzeba wyjść ze swojej piwnicy i zaspokoić głód w sposób troszeczkę inny, poszukać wariata równemu sobie. I mówię od razu, jeden spacer nie wystarczy. Takich osobników poznaje się w ich naturalnym środowisku – najmroczniejszym miejscowym klubie, gdzie tego piątkowego wieczoru graty na scenie rozkłada banda długowłosych facetów.

Ten wpis to trochę jak spowiedź. Z tym wyjątkiem, że zamiast łysego i śliniącego się księdza w konfesjonale jesteście Wy, czyli moi wierni i nieznudzeni jeszcze czytelnicy. I dziś z kolanami na betonie, ręką na piersi i gulą w gardle mówię Wam – nie chodzę na koncerty.

W swoim dwudziestoletnim życiu byłam na trzech. Pierwszy, zeszłoroczna odsłona koszalińskiego, rockowego festiwalu „Generacja”. Drugi, Hunter w miejscowym klubie studenckim. Trzeci, rockowe andrzejki w koszalińskim Centrum Kultury. Teraz możecie szczerze uwierzyć w podarowanie mi rozgrzeszenia i wyszeptać, że skoro byłam tylko na kilku nijakich, lokalnych pokazówkach to nic dziwnego, że nie ciągnie mnie do tego, że nie wiem jak to jest, że skoro nie przeżyłam czegoś porządnego to nie tęsknię za tym. Może.

Ja podam Wam kilka konkretnych powodów, zarysuję łańcuch przyczynowo – skutkowy, w którym pierwszym i najważniejszym punktem jest mój charakter.
Od niego wszystko się zaczyna, on stoi na szczycie piramidy i posiada największą moc zniechęcania. Owszem, motywacją pojawiającą się nie wiadomo skąd zaciągnie mnie na stronę klubu i kliknie „kup bilet”. Ale lenistwem i nieśmiałością kliknie „wstecz”.
Jestem domowniczką, samotniczką, mizantropką jakich mało. To, że miewam przejawy optymizmu i rozsadza mnie energia po zjedzeniu tabliczki czekolady nie świadczy o tym, że nabywam cech ekstrawertycznych. Najczęściej wyjście do sklepu jest jak wdrapanie się na Mount Everest – ostatkami sił, z językiem na wierzchu, przeklinając moment, w którym pomysł na taką wyprawę wszedł mi do głowy. A ja miałabym zaplanować podróż, wsiąść w pociąg po to, by za jakiś czas postać kilka godzin w zatłoczonym klubie? Co Ty.

Nie lubię dotyku. Nie lubię czuć ramienia obcego faceta ocierającego się o moje ramię. Nie przepadam za duchotą ciasnego pomieszczenia wypełnionego nieświeżymi oddechami dziesiątek lub setek osób. Nie znoszę kiedy miażdży mi się stopy pozbawionymi gracji podskokami, a za widok zasłonięty dłońmi ściskającymi telefon zakopałabym sto metrów pod ziemią. Nie wyobrażam sobie zapłacenia za kilkugodzinną, muzyczną mękę, w której akustyk zamiast porządnej roboty odwalił beznadziejność. Cenię swój słuch, jeszcze bardziej swój muzyczny gust, a o uszy dbam. Zamiast pozbawionego jakości gitarowo – perkusyjno – wokalnego szumu wolę dźwięk wypieszczony do granic możliwości. Dlatego zamiast pojechać na koncert wolę wsunąć kolejną płytę we wnętrze odtwarzacza i delektować się chwilą spokoju, samotności i muzycznej rozkoszy.

Wyrosłam już z pragnienia solidarności z innymi mrocznymi, długowłosymi i metalowymi. Na widok chłopaka w koszulce z ulubionym zespołem przejdzie mnie dreszcz, ale nie jest to już braterstwo, za które gotowa byłam przelać krew. Więc wyjazd po to, by poczuć tę więź i wspólnotę mnie nie przekonuje.
Jeszcze nie, ale powoli wychodzę poza ekscytację całą tą metalową osłonką – ćwiekami, skórą, odwróconymi krzyżami i corpse paintem. Zatem widok muzyków w głównej mierze stawiających na estetyczne fanaberie mnie nie zachęca.
W większości przypadków uwielbiam pierwsze płyty zespołów, które już dawno wskoczyły na tor komercyjnej działalności. Szansa na to, że zagrają choćby jeden utwór z początkowych albumów jest tak prawdopodobne, jak to, że piszę ten wpis siedząc nago przed komputerem – czyli niemożliwe.


Oczywiście przychodzi mi na myśl kilka powodów, dla których rzuciłabym wszystko i koncert nazwała priorytetem. Ale nie o tym miałam dziś pisać. Dziś jestem grzesznicą, bezwstydną dziewuchą pozbawioną muzycznych skrupułów, którą Wy musicie rozgrzeszyć lub skazać na wieczne potępienie. Propozycje pokuty, wyrazy współczucia, zrozumienia lub zachęty mile widziane w komentarzach na Facebooku.

PODZIEL SIĘ

3 KOMENTARZE

  1. Też byłam tylko na kilku koncertach, choć nie przeczę, że chciałbym zobaczyć na żywo wielu artystów (choć bardzo chętnie na bardziej kameralnym koncercie, bez tłumów, przepychanek i „fanów” nagrywających telefonami). Hunter widziałam 2 razy i pewnie mogłabym ich oglądać częściej. Także cenię sobie spokój i wygodę słuchania płyt z odtwarzacza. Nie uważam, że największy fan to ten, który jeździ na koncerty ulubionego zespołu. Jesteśmy różni tak samo w życiu, jak i w podejściu do muzyki. Pozdrawiam i dziękuję za komentarz!

    • Zgadzam się w zupełności!
      Dziękuję, że do mnie zajrzałaś i oczywiście zachęcam do kolejnych wizyt w tym moim malutkim miejscu. 🙂

  2. No ja byłem już na kilkudziesięciu koncertach, teraz koncerty metalowe są spokojne i kulturalne, nie to co w latach 90, porwane koszulki, rozwalone buty, limo pod okiem, teraz jest przyjemnie przyjść na koncertach, ja tam się nikomu nie narzucam na koncertach, ale jeżeli jakaś miła kobitka chcę mnie poznać to chętnie pogadam przy piwku, przy barze np, na koncerty przychodzę dla ulubionej kapeli, a ludki to dodatek, długich batów już dawno nie noszę, noszę się krótko bo tak wygodnie, ćwieków i glanów już też nie, ale cały czas dwie zajebiste ćwiekowane pieszczochy trzymam w szufladzie.

Zostaw po sobie ślad!