Nie tylko wiara góry przenosi. Przywiązanie i sentyment także. Wiem co mówię, bo przekonałam się o tym na własnej skórze.

Ciepłe, kwietniowe popołudnie. Linia kolejowa Koszalin-Kraków, z tym że bliżej już Krakowa niż Koszalina. Zmęczona ośmiogodzinnym siedzeniem w jednym miejscu kieruję się w stronę przedziału gastronomicznego, inaczej zwanego WARSEM, żeby tam może poza siedzeniem przekąsić coś i co ważniejsze, napić się piwa. Ludzi mnóstwo, przejścia wąskie, więc chcąc nie chcąc ocieram się o te grube i szczupłe ciała co jakiś czas depcząc bagaż, innym razem przytrzaskując komuś buta drzwiami od przedziału, a jeszcze innym uderzając wrzeszczące dziecko łokciem w czoło. Idę, przez ten ostry zapach tanich perfum, potu i papierosów wypalonych przed chwilą w pobliskiej toalecie. Idę i mimo że tempo utrzymuję nie najgorsze, może nie gepardzie, ale żółwie też na pewno nie, to wagonu nr 15 na horyzoncie nie widać. Zatrzymuję się więc przy najbliższym przedziale i wpychając do niego głowę, pytam podróżników:
Dzień dobry Państwu, ja tylko chciałam się upewnić, czy WARS to w tę stronę? – uśmiechając się tak grzecznie, jak tylko potrafię i machając uroczo rzęsami wskazuję palcem kierunek w przód.
Tak droga Pani, dokładnie w tę – odwzajemnia mój uśmiech o wiele starszy pan, wiek około lat 60, zajadając kruszącego się suchara. Brzydki był jak noc, ale przynajmniej miły. Dziękuję więc żegnając się jednocześnie i wyruszam w dalszą podróż po podróżniczych, polskich łebkach.
Maszeruję, czołgam się, i skaczę. Drepczę, skradam się i tupię. I oto jest! Wagon numer 15. Spełnienie marzeń ostatnich kilkunastu minut. Wyśniona, wyczarowana oaza, pełna gorącego, kwaśnego żurku i zimnego piwa.
Łapię za atrapową, chłodną jak stal klamkę i już staję jedną nogą w tej oazie, już czuję zapach zupy i chłód bijący od lodówki z napojami, kiedy coś ciągnie mnie w tył i unieruchamia. Zdezorientowana szukam ratunku – najpierw przysysając się do klamki i ciągnąć ile sił w przód, potem delikatnie cofając się i pochylając chcąc zwolnić to, co postanowiło mnie uwięzić. Jednak nic z tego. W końcu zerkam nerwowo w tył, żeby dowiedzieć się w czym tkwi problem. Tkwi – doskonałe słowo, bo okazuje się, że ramiączko od mojego plecaka wsunęło się niefortunnie w drzwi od przedziału nr 102-110 i z pomocą nieuwagi jednego z pasażerów zahaczyło o jego bagaż. Nie ma już ratunku – myślę sobie i chcąc uratować ukochany plecak sięgam ręką do ramiączka. To jednak, jak ciało pozbawione życia i nabite na płot, zanim zdążyłam stworzyć w myślach dokładną strategię, już zwisa luźno, oderwane od reszty plecaka.
Czuję jak łzy dobijają mi się do oczu, jak gardło wypełnia gula wielkości kluski śląskiej, a w uszach szumi rój setek pszczół. Rezygnuję z oazy. Resztką sił odsuwam zamknięte drzwi przedziału, chwytam w dłoń biedne ramiączko i z delikatnością matki pieszczącej swoje dziecko chowam je do plecaka.
Przez resztę podróży, wieczorny koncert i jutrzejszą drogę powrotną myśleć będę o tym nieprzerwanie i pytać – czy to już pora, żeby pożegnać się z ulubionym bagażem? Może poświęcić godziny na znalezienie takiego samego? Może poprosić najlepszą w mieście krawcową o naprawę, ale tak, żeby już żadne drzwi – czy to pociągowe czy od pokoju mojego plecaka nie pokonały? Czas jednak pokaże, że wbrew młodzieńczej miłości z plecaka zrezygnuję. Kupię nowy, cały czarny, bardziej metalowy, z powierzchnią idealną pod naszywki i z materiału o odporności stali, ale czy będę z niego korzystać już zawsze? Oj nie. O tym przekonam się jednak dopiero 23 września 2017 roku. Kiedy chwycę za grubą nić, dużą igłę i w pocie czoła naciągnę to, co rozluźnione, zszyję to, co rozerwane, a z pomocą mokrej gąbki wyczyszczę to, co ubrudzone. Wielogodzinną pracą dam nowe życie temu, co już pożegnane i zagrzebane w głębi szafy, a później, kiedy zmęczona i ze słodkimi łzami w oczach przytulę plecak do piersi pomyślę, że to nie wiara, a przywiązanie i sentyment zdolne są przenosić góry – zarówno duże, wielkości Tatr, jak i małe, bliższe rozmiarom koszalińskiej Górze Chełmskiej.

 

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!