Słowo pisane postrzegam jako formę sztuki. Lubię, kiedy napisane jest ładnie, poprawnie, a często także długo. Lubię, kiedy autor, wykorzystując swój warsztat i choćby powierzchowną znajomość potencjalnego odbiorcy bawi go lub prowokuje, lekko pstrykając w nos. Przy tym, nie popadając w skrajność, rozumiem, że słowo pisane może być… luźniejsze. Pozbawione szeregu rozbudowanych porównań i kwiecistych opisów na rzecz skróconej, dosadnej formy. Niemniej jednak, niezależnie od przyjętego stylu piszących można by podzielić na dwie uproszczone kategorie – tych, którzy pisać potrafią i tych, którzy uprawiają najzwyklejszą grafomanię. Internet sprawił, że jakimś cudem, to właśnie ci drudzy piszą najodważniej i na wszystkie tematy, widoczni są w pierwszym rzędzie, a wspierani przez kółka wzajemnej adoracji utwierdzają się w przekonaniu o swoim „talencie” i „nieomylności”.

Dziennikarstwo to nie bułka z masłem

Sama od jakiegoś czasu próbuję pisać. I co kilka dni, regularnie zdarza mi się pomyśleć, że rzucam się z motyką na słońce, bo mam poczucie, że nadal za mało wiem i za mało umiem. Co więcej, świat w swoim uwielbieniu do formy obrazkowej nie pokazuje, by pisanie miało jakiś sens, więc i zewnętrzna motywacja przestaje istnieć, ustępując miejsca wyłącznie tej wewnętrznej.
Studiuję dziennikarstwo i mam z nim do czynienia na co dzień. To dodatkowo uświadamia mi, że jest to zawód z kategorii trudnych, odpowiedzialnych, wymagających nie tylko chęci, ale i predyspozycji pod względem charakteru – empatii, ciekawości wobec świata, komunikatywności i otwartości. Łatwo jest jednak zauważyć, że dziennikarstwo staje się po prostu… modne. I nie, nie tylko to społeczne, ale muzyczne też. I śmiem twierdzić, że to właśnie w modzie i złym postrzeganiu idei dziennikarstwa przysłowiowy pies jest pogrzebany.

Nudno, sztampowo, z masą błędów

Bo to chyba jest jakiś prestiż – pójść na koncert, po powrocie do mieszkania naskrobać relację, która potem zostanie opublikowana na jednym z internetowych metal-portali.
Codziennie, jakimś cudem, trafiam na takie teksty. I zaledwie raz udało mi się dotrwać do końca jednego, kiedy zacisnęłam zęby, a powieki wsparłam na zapałkach. Bo te wszystkie relacje, recenzje, felietony, a nawet wywiady są po prostu nudne, sztampowe i wypełnione masą błędów, które autor i tak najczęściej usprawiedliwia zdaniem „bo ja lubię pisać w taki zinowy sposób”. Zinowy? Serio? Przekleństwa, żenujące skróty, opowiastki w stylu „poszłem z kolegą napić się piwka” i porównania typu „muza wchodziła jak zimna wódeczka w spragnione gardło” to pokaz ograniczeń autora, nie kwestia stylu, na jaki się zdecydował. Bo zdolny autor pisze różnorodnie – raz poważnie, a raz śmiesznie, innym razem krótko i dosadnie, a jeszcze innym długo i kwieciście.

Słyszałem wszystko, wiem wszystko, jestem najlepszy!

Nie zatrzymujmy się jednak wyłącznie w Internecie. Pójdźmy dalej, bo okazuje się, że dziennikarstwo muzyczne w tradycyjnej formie też schodzi na psy. I wcale nie trzeba mieć trzydziestu/czterdziestu lat na karku, ani zębów zjedzonych na muzyce, żeby pisać do magazynów. Wystarczy wysokie mniemanie o sobie, stały dostęp do Internetu i upór w dążeniu do celu. Teraz, zarówno przestrzeń wirtualna, jak i papierowa przyjmie wszystko. W tym recenzje, w których nieletni autor ocenia płytę przesłuchaną kilka razy na YouTube, a o zespole, często krytycznie, opowiada tonem zmanierowanego, doświadczonego słuchacza, który w malutkim palcu ma nie tylko dyskografię bandu, ale i wszelkie ciekawostki związane z jego historią – powstania, rozpadu, reaktywacji i końca. I nie jest to sytuacja jednorazowa, nieudany debiut, wpadka, której można by się wyrzec, zrzucając ją na garb młodego wieku i naiwności. Nie. To sytuacja powtarzalna, w kółko i kółko, z coraz większym uporem i zmanierowaniem, przy której u odbiorcy włączają się już nie tylko emocje, ale i logika – bo jakim cudem kilkunastoletni słuchacz, zakładając, że danej muzyki słucha przez większość lat, może być obeznany zarówno ze wszelką klasyką gatunku, jak i podziemiem, któremu niektórzy poświęcają całe życie, a i to okazuje się być niewystarczające? To raczej fizycznie niemożliwe.
Takie teksty są jednak drukowane, kolportowane, a następnie sprzedawane. I to pewnie w nakładach co najmniej przyzwoitych, bo wydawane są przecież regularnie. Może zasługa leży po stronie fajnych plakatów dorzucanych do magazynów? A może artykuły pisane przez niedoświadczonych i niezaznajomionych faktycznie nikogo nie rażą? Nie mam pojęcia. Ja jednak sięgając po gazetę i płacąc za nią spodziewam się czegoś innego niż głupoty wysnute przez licealistę. W magazynie muzycznym szukam autorytetu. Kogoś, kto słusznie oceni i wskaże drogę. I mam nadzieję, że Wy również jesteście bardziej wymagający.

Zazdrość? Zdecydowanie nie

Nie ma co odbierać tego jako zazdrości, bo powyższy tekst nie jest jej przejawem, nawet w najmniejszym stopniu. I to z dwóch, prostych powodów – pisania o muzyce nigdy nie chciałabym zmienić w pracę, tym bardziej płatną, bo zdaję sobie sprawę, że gdzie pieniądze, tam oczekiwania, a gdzie oczekiwania, tam brak wolności. I trzeba mieć naprawdę wielkie jaja, żeby potrafić odgrodzić jedno od drugiego. Po drugie, publikowanie pod szyldem znanego portalu nigdy mnie nie interesowało, bo od początku chciałam robić coś swojego, nawet jeśli w ten sposób skazałam się na niską poczytność i krytykę. W tym miejscu moglibyście też powiedzieć – Ej! Sama piszesz, a potem udostępniać w social mediach, więc po części zaliczasz się do tego grona grafomanów żądnych rozgłosu. No nie do końca.

Blog to dowolność i subiektywizm

Prowadzenie bloga to zupełnie inna sprawa. Blog to coś osobistego. W nim nie boli ani subiektywizm autora, ani niewielka wiedza – o ile z czasem powiększana. To platforma, na której można pisać bez ograniczeń trenując, a wystawiając teksty przed publikę mieć okazję zauważenia niektórych błędów i szansę ich naprawy. To forma niepociągająca za sobą pieniędzy – ani wydanych na reklamę, ani zarobionych i często nieskutkująca żadnym prestiżem. Bloggerów w końcu jest jak mrówek, „utalentowanych dziennikarzy” niewielu. Czas czytelnika-odbiorcy jest jednak niepodzielny. I to on powinien decydować, nie internetowy czy marketingowy mechanizm, jakim treściom poświęca czas i za jakie płaci – będącym efektem niedowartościowania i żenującej pogoni za rozpoznawalnością czy pasji i prawdziwego oddania muzyce.
PODZIEL SIĘ

1 KOMENTARZ

  1. Szczerze mówiąc przestałam oglądać się na innych, porównywać do nich pod względem tego, czy jestem lepsza czy gorsza. Skupiam się wyłącznie na swoim warsztacie i uwagach, które dostaję od osoby zajmującej się korketą, ale przede wszystkim też od czytelników. Co prawda odzew z konstruktywną krytyką nie jest duży, ale od czasu do czasu zdarzają się cenne wskazówki. Myślę, że w pisaniu, ale nie tylko w tej dziedzinie, bardzo ważna jest pokora oraz samoświadomość – dokładna wiedza i przekonanie o tym, co potrafię, co jeszcze mogę osiągnąć, a co mi nie wyszło i nad czym muszę popracować.
    Nie wspominając już o tym, że poprzez poprawność językową piszący okazuje szacunek wobec artysty, o którym pisze, jak i samych odbiorców. I w tej kwestii jestem wyczulona podobnie jak Ty. 🙂

Zostaw po sobie ślad!