Powoli zaczynam wierzyć w coś takiego, jak muzyczne wykształcenie lub wychowanie. Że muzykę należy poznawać chronologicznie, zanim przejdzie się do nowości zgłębić jej podstawy, najlepiej bez pominięcia kontekstu społecznego i kulturowego i ze zwróceniem uwagi na progres, jaki dane zespoły przechodziły. W ten sposób słuchacz próbujący muzykę opisywać prawdopodobnie zbliży się w swoim pisaniu może nie do wizjonerskiej perfekcji, ale przynajmniej braku ignorancji i głupottwórstwa. Tyle że takie podejście wymaga sporo czasu. Na pewno więcej niż sposób „włącz album na YouTube-odpal Wikipedię-napisz recenzję”.
A piszę o tym m.in. dlatego, że mimo iż o każdej płycie, którą tutaj zaproponowałam starałam się pisać jak najbardziej szczerze, czuję ubóstwo moich tekstów pod względem merytorycznym. Bo, szczerze powiedziawszy, jestem trochę jak mała rybka, którą początkowo chowano w wypielęgnowanym akwarium, a którą później wrzucono w środek morskich głębin – znam sporo rzeczy, ale najczęściej powierzchownie, a tylko kilka dobrze lub bardzo dobrze. I z tą wiedzą, jak z wykorzystaniem malutkich, złotych płetewek staram się nie dać porwać morskim prądom ani pożreć większym, groźniejszym drapieżnikom – piszącym, którzy najczęściej znają WSZYSTKO i OD ZAWSZE. Istota leży jednak w tym, że ja już dłużej nie chcę być malutką rybką wojującą z większymi. Chcę poznawać i rosnąć tak, by swoimi płetwami zawstydzać nawet najbardziej krwawe rekiny. I to nie tylko rozmiarem (wiedzą), ale kształtem i kolorem (emocjonalnym podejściem do muzyki).

Zainteresowani mogliby spytać – skąd w moim osłuchaniu tak ogromne braki?

Przypuszczam, że problem leży w czasach, w których się urodziłam i w których muzyką się szczerze zainteresowałam, a co za tym idzie, także technologicznych przymiotach tych czasów – Internecie. Sprawa wygląda tak, że wchodzę na Facebooka i już od pierwszych sekund jestem obładowywana setkami reklam wytwórni i zespołów oraz rekomendacjami znajomych. Chcąc być na bieżąco, sprawdzam je. Niektóre mi się spodobają, inne nie, ale nawet ta muzyka, która przypadnie mi do gustu rzadko zostaje ze mną na dłużej. Dlaczego? Ano dlatego, że reklamy się nie zatrzymują, bodźce nie przestają istnieć. Wejdę na Facebooka jutro i do sprawdzenia będą znów dziesiątki kolejnych płyt. A czas jest przecież niepodzielny. Doba ma tylko 24 godziny, tydzień 7 dni i chcąc nie chcąc musimy obierać konkretną drogę i poświęcać czas temu, co istotniejsze. Bo nie da się znać wszystkiego. Bo nie da się słuchać kilku albumów jednocześnie i to przez calutką dobę, rezygnując ze snu i pracy.
Pamiętam, że już kiedy miałam naście lat i dopiero zaczynałam przygodę z muzyką, dostęp do niej był w zasadzie nieograniczony. YouTube stał otworem, a pobieranie muzyki nie kosztowało nic i trwało kilka minut. Jak z automatu odpadało więc trudzenie się – zdobywanie muzyki od kolegi, przegrywanie jej, a później, z braku większych muzycznych zasobów, spędzanie z daną płytą całych dni, tygodni lub miesięcy. To Wasza (mówię do starszych odbiorców) historia, ale nie moja. I nie moich rówieśników. Was cechuje bowiem spore przywiązanie, czasami określane przez młodszych ograniczeniem, ale wiążące się z poukładaną, mniej lub bardziej, wiedzą. Nas za to otwartość, ale taka, która przez mnogość i natłok muzyki skutkuje wiedzą bardzo powierzchowną. Kiedy Wy wchodzicie do wody powoli, opanowani, a później pływacie w niej wykonując zdecydowane i silne ruchy, my wskakujemy w środek tej wody i machamy chaotycznie łapkami, nie tyle nie chcąc zatonąć, co nawet pragnąc pływać razem z Wami, stylem o chociaż zbliżonym poziomie.
Oczywiście można kierować się emocjami i instynktem i nie przykładać wagi do muzycznego wykształcenia. Tyle że jeśli planuje się pisać o muzyce, i chce się robić to dobrze i oczekuje się od odbiorców, że będą traktować nasze teksty poważnie, emocje nie wystarczą. Potrzebna jest wiedza – zebrana, poukładana i potwierdzana licznymi przykładami. Taka, która np. przy zetknięciu z młodym zespołem pozwoli określić poziom wydanego przez grupę albumu, inspiracje muzyków i wskazać odbiorcy to, co w danej płycie najistotniejsze, jednocześnie umiejscawiając ją w jakimś kulturowym kontekście. Bo taka jest rola recenzenta – ma on nakreślać muzyczny obraz i prowadzić słuchacza po krętych drogach, których co rusz przybywa. A trudno jest to robić, kiedy samemu błądzi się po omacku – raz dotykając gładkiej ściany i jakimś cudem się prześlizgując, a innym razem nadziewając się na kolce.
Tekst ten w końcówce brzmi trochę jak apel. Może to i dobrze. Bo kierują go nie tylko do Was, starszych, nie tylko do moich rówieśników, zbliżonych w pisarsko-muzycznej pasji, ale i do samej siebie. Ktoś mądry powiedział mi kiedyś, że jeśli chce się naprawiać świat, trzeba zacząć od naprawy samego siebie. I ja w to wierzę. Jeśli łapiąc za muzyczny magazyn spodziewamy się artykułów i recenzji na najwyższym poziomie, to sami nie możemy uprawiać grafomanio-ignorancji, bo, po pierwsze, wykazujemy się nie lada hipokryzją, a po drugie, tę część świata, którą ktoś naprawi pisząc dobrze i rzeczowo, my zbluzgamy.
Nie wiem jak Wy, ale ja wolałabym żyć w świecie, w którym redaktor pisze o muzyce, bo naprawdę ją kocha, w którym magazyn wydawany jest ze szczerej pasji do muzyki, do pieniądza dopiero w drugiej kolejności i w którym słuchacz, nawet jeśli sięga po gazetę ze względu na ładny plakat, ma odwagę i zdolności, by kwestionować to, co w niej znajdzie i dyskutować o tym. Brzmi jak utopia? Może. Tyle że do osiągnięcia ideału zawsze warto dążyć, chociażby ze względu na cele, które się po drodze znajduje.
PODZIEL SIĘ

1 KOMENTARZ

  1. Mam podobny problem (na szczęście nie pisze o muzyce ;)) brak czasu + zbyt duża łatwość w dotarciu do zbyt wielkiej ilości dźwięków. Skutek tego taki, że to co poznałem dobrze w latach młodzieńczych (jak to brzmi :D) mam wyryte po dziś dzień (utwory, okładki, składy…). A to czego słucham teraz (być może przyszła klasyka?), nie dostanie w pełni swojej szansy by zostać we mnie aż tak mocno.

Zostaw po sobie ślad!