Mrok

czyli kilka słów o tym, co w nim widzę, czego od niego oczekuję, a co mi daje.

Między nocą jedną a drugą rozpraszam się. W dniu nie istnieję tak, jak mrok z dniem łączyć się nie może. Jasność jest dla mnie okresem przejściowym, dobrym do okazania fałszywej czułości, nieprawdziwego zainteresowania, do spełnienia obowiązków względem pracy, domu i pozostałych czynności znaczących tyle, co zeszłoroczny śnieg, którego płatki mam jeszcze na czubku buta.
Dzień jest dla mnie czasem oczekiwania, momentem unoszenia ramion, które o wieczorowej porze dumnie naprężają się, by wraz z ucieczką słońca nie opaść. Buduję w ten sposób mur, którego nawet największy tyran, o ogromnej sile wypadkowej zła nie zburzy, a który jest wzorem pracowitości dla niejednego. Wielu ludzi mnie podziwia, jeszcze więcej nie rozumie, a mimo to w większości lgną do mnie, jak nastolatka do dorosłego faceta, którego grzechów nie zna.
Z czego czerpię siłę – pytasz mnie cichutkim głosem uginając się pod ciężarem dręczącej Cię ciekawości. Z mroku – odpowiadam. Z tego, który na myśl przywodzi Ci zimę spętaną norweskim chłodem. Z tego, który wybrzmiewa razem z pierwszym, ciężkim riffem ulubionego zespołu. Z tego, co z zawziętością odgania każdy dzień, a mnie o sen nie prosi.
Potrzebujemy symbiozy, a samotności nie znosimy, choć jej wizja kusi nas bardzo każdego wieczora. Zmuszeni jesteśmy czuć jedność z czymś, kimś lub niczym. Niczym? Nihilizm też istnieje. Niezależnie od tego, jak silni jesteśmy czy staramy się być – w chwilach najbardziej brutalnego smutku i osamotnienia wybierzemy nawet towarzystwo samego Diabła. To dopiero jest wyraz mroku obecnego w każdym z nas – że za drobną chwilę szczęścia gotowi jesteśmy zaprzedać duszę Największemu ze Złych.
Nocą tworzę najwięcej, a moja twórczość osiąga granicę absurdu, która sporej liczbie czytelników, o dziwo, przypada do gustu. Będąc w mroku lubię tonąć w odmętach najbardziej trywialnych refleksji i banałów, o których nie śnią nawet małolaty zafascynowane pisarzem o nazwisku Coelho. W ten sposób ciemność ta nie jest tylko środowiskiem naturalnym, jak zielony las dla wiewiórki czy puszcza dla żubra, ale bodźcem pobudzającym podstawowe zmysły każdego, kto pisarstwem zajmuje się częściej niż przy spisywaniu notatek z klasowej tablicy.

Natura

czyli kilka słów o moim z nią powiązaniu, o fascynacji i uwielbieniu.

Ostatnio powiedziano mi, że dzieciństwo naznaczone bliskością natury czuć na kilometr. Że we wrażliwości i specyficznym spojrzeniu na świat je widać.
Pamiętam jesienne dni, kiedy otulona ciepłą kurtką, z muzyką w kieszeni wybywałam na kilkugodzinne, leśne spacery. Lubiłam czuć pod stopami wielowarstwową powierzchnię ułożoną z żółto-brązowych liści, a specyficzny zapach obumierającej natury wprawiał mnie w przerażenie, jednocześnie dawkując fascynację lepiej niż nie jedna dobrej jakości książka. Ostatnie oznaki siły tej przyrody opadały na włosy z wysokich, dumnych w swej wielkości drzew. Zbłąkane resztki pajęczej pracy zahaczały o twarz dając mi tym samym znać, że w przypadku natury żadna z malutkich istot nie wprawia w przerażenie większe niż te, w które wpycha mnie sam człowiek.
Zima zawsze była najpiękniejsza. Minimalizm jej bieli dawał pewne poczucie niewinności i czystości, a ogromny chłód ściskał mięśnie tak mocno, że mrok powracał automatycznie. Spacerując po zaśnieżonym lesie czułam się jak w norweskiej kolebce black metalu, choć odległość do tej kołyski była tak duża, jak w tej chwili między mną a nieotwartą jeszcze butelką wina.
Lubiłam błąkać się między zmarzniętymi drzewami słysząc skrzypiący pod ciężkimi butami śnieg, czując powiew mroźnego wiatru na twarzy. Niebo zdawało się wtedy przytłaczać mnie swoją szarością ukrywając drogę ku wyjściu, a gałęzie niczym szpony wisiały nad moją głową pełną, jak to zazwyczaj bywało, smutku.
W naturze nic nie ginie, powiadają. Ja lubiłam w niej błądzić i odnajdywać to, co dla większości niewidzialne. Korzystałam ze śmierci obecnej w tych dwóch porach roku tak, jakby nigdy więcej miały się nie powtórzyć. Ale czas płynął, miesiące mijały, nadchodziła wiosna, a zaraz po niej lato. Piękna w swym ożywieniu i kolorze natura była dla mnie tylko okresem przejściowym. Jak ten dzień przed nocą, jak wino przed pisaniem, jak życie przed śmiercią i miłość przed cierpieniem.
PODZIEL SIĘ

4 KOMENTARZE

  1. Kiedyś potrafiłam czerpać z mroku nocy podobnie dużo kreatywności, inwencji twórczej. Stąd też uwielbiałam (poniekąd wciąż uwielbiam) jesienno-zimowe popołudnia, gdyż czas mojej aktywności był wydłużony. Teksnię za tymi czasami. Jakie to zmiany mogą zajść w człowieku przez mniej niż rok czasu.
    Ale zimowy nocny spacer po lesie do dziś wspominam bardzo przyjemnie i z takim samym dreszczykiem emocji, który towarzyszył mi w jego trakcie. 🙂

    • Marto, a skąd te zmiany? Czyżby dorosłość się rozgościła? ;> Gdybym miała Ci doradzić, to powiedziałabym, żebyś to uwielbienie mroku pielęgnowała, bo ma to swoją wyjątkowość. Ale z drugiej strony wiem, że codzienne obowiązki + problemy + wcześniej wspomniana dorosłość potrafią zmienić bardzo dużo, nawet w tak krótkim okresie czasu, jak wspomniałaś. Także rozumiem! 🙂

      Dziękuję Ci pięknie za komentarz. Jesteś tutaj zawsze mile widziana!

      • Hmmm… Myślę, że dorosłość ma w tym najmniejszy udział. Na pewno więcej obowiązków za dnia i jeszcze kilka innych aspektów się do tego przyczyniło. Jedno jest pewne i za to Ci dziękuję – Twoje wpisy znów pobudzają mnie do różnorodnych refleksji, czego ostatnimi czasy trochę zabrakło w moim życiu, tej chwili na zatrzymanie się i zastanowienie. 🙂

        • Rety, to najmilsza rzecz, którą usłyszałam w ostatnim czasie. Naprawdę i serio. Teraz spisując te moje refleksyjne dyrdymały będę myślała o Tobie i o tym, że komuś się to podoba, a nawet przydaje.

          Pozdrawiam cieplutko!

Zostaw po sobie ślad!