Klub był obskurny. Na ścianach obdrapana, witająca już pleśń cegła. Na podłodze ciemne od brudu panele, w dziury których można by wcisnąć pięść, a nawet głowę. Sufit, mimo że nie dziurawy, to można by bez problemu pomylić go z podłogą – odciski podeszew ciężkich butów układają się w różne, dziwaczne wzory, jakby ktoś regularnie urządzał sobie po nim spacer. Wyposażenie klubu? Takie, jak każdego innego, z tym, że zdecydowanie bardziej zaniedbane. Bar wyglądał jakby zrobiono go z tekturowego pudełka – krzywy, niestabilny, zdolny przewrócić się przy zaledwie mocniejszym chuchnięciu. Przypominał właśnie takie papierowe mebelki, którymi w dzieciństwie wyposażało się dom dla lalek, z tym, że kiedy miniaturowe szafy oklejało się co najwyżej jedną, różową naklejką, ten „tekturowy” bar oblepiony był szczelnie i w całości. I niezbyt sensownie. Loga największych metalowych zespołów przeplatały się z podobiznami Marilyn Monroe, scenami z komiksów i cytatami, które pewnie większość z Was widziała na plecakach gimnazjalistek. „Moją Chanel pożyczyłam koleżance” mówi jeden z nich, drugi – „Patrzysz na ósmy cud świata”. Można by pomyśleć, że odwiedzający klub po prostu urządzili sobie z obudowania baru istną tablicę pt. „zostaw coś po sobie”. Kiedy jednak spojrzało się na stojącą za barem panią, nawet te naklejki nabierały sensu, bowiem ona była właśnie przykładem kobiety, która gotowa byłaby nosić takie cytaty na torbie, koszulce i wklejać je na swoją facebookową tablicę, a więc ładna tylko dlatego, że wysmarowana szeregiem upiększaczy, pewna siebie tylko w wypracowanych przez lata ruchach, podczas gdy w chwili zapomnienia i naturalności jej ciało krzyczało wręcz niedowartościowaniem, no i intelekt – tego też za dużo nie miała, co przejawiało się nawet w krótkim momencie zamówienia piwa i odebrania go z jej zadbanych, różowanych na pazurkach dłoniach.

Klub składał się w zasadzie z dwóch pomieszczeń. Jeden – tekturowy bar plus kanapa, drugi – scena i odrobina przestrzeni wokół niej. I ta wcale nie odbiegała od klimatu z wcześniej. Rozmiary niewielkie, podest jakby zbity z kilku desek zniesionych chwilę wcześniej ze śmietnika, zaledwie w centymetrach unoszący się nad poziomem podłogi, zdolny pomieścić zespół w składzie gitara + wokal, ale perkusja? Nawet najmniejszą trudno byłoby tam wcisnąć.
Im się jednak udało.

Na koncert przyszłam, jak to często bywa, spóźniona i o dziwo, z koleżanką obok, którą ostatni raz widziałam chyba w liceum. Chwyciłam piwo z rąk „cool” barmanki i zwinnie przemknęłam w kierunku sceny. Ludzi było niewiele. Pozbierani w dwu/trzyosobowe grupki stali luźno, bardziej podekscytowani wzajemną rozmową niż tym, że zespół rozstawia ogromniasty sprzęt tuż obok nich i przygotowuje się do występu.
Najpierw zajęłam miejsce po prawej stronie sceny (no, nazwijmy to sceną). Muzycy jednak postanowili skierować tam swoje dupska, więc szybko przeskoczyłam na sam front. Po kilku minutach, kilku dużych jak to na moje gardło łykach piwa i kilku krótkich jak na moje zdolności myślach – ruszyli. Perkusja dudni tempem tak szybkim, co to chyba może się tylko przyśnić. Bas rzęzi tak mocno, że szarpie jelita, a gitara prowadząca, choć odgrywa znane chyba wszystkim, naprawdę rewelacyjne riffy to brzmi jak instrument, który dostałam pod choinkę na 8 urodziny, czyli jakoś tak na niby. I wokalista – co to kurwa za paź?! Gdzie jest Mark?! Rozglądam się po sali, próbując dojrzeć, czy jeszcze ktoś poza mną zauważył niezapowiedziane zmiany w składzie, ale nie, chyba nie. Ludzie albo zajęli się rozmową, siorbaniem alkoholu i macaniem się po kątach albo patrzą na scenę, podrygują i machają głowami, nie zauważając żadnej różnicy.
Rozglądam się dalej. Tym razem w kierunku akustyków, których… nie ma? Co tu się, do świętej Anielki, dzieje? Kto tym wszystkim zarządza?
Zespół gra w najlepsze, mimo że głos wokalisty bardziej przypomina ten podpitego tanim winem pana spod miejscowego sklepu niż rzetelnego, metalowego darcimordę. Jęczy zamiast krzyczeć, mruczy zamiast warczeć. To nie tak!

Oddaję piwo koleżance i ruszam w stronę barowego pomieszczenia, mając nadzieję, że tam znajdę załogę, która zajęła się organizacją tego bajzlu. Krew mocniej buzuje mi w żyłach, nerwy uciskają mózg, a skok adrenaliny odrobinę przygłusza. W ramionach staję się tak jakby szersza, aż zahaczam o barki mijanych w przejściu ludzi. W końcu docieram do baru i uderzając rękoma w jego blat, nie dbając już o to, czy tektura się rozleci, rzucam do barmanki proste i treściwe:

– Gdzie są organizatorzy?
– Organizatorzy czego? – pyta tak, jakby nie miała pojęcia, że za ceglastą ścianą, w drugim pomieszczeniu ktokolwiek cokolwiek gra. Ale nie wygląda na zaskoczoną. Nie wygląda w ogóle na przejętą.
– No koncertu. Przyszłam na koncert Napalm Death, a wy serwujecie mi bandę oszołomów, którzy koncert to odgrywali chyba tylko przed sklepem spożywczym, kiedy ktoś podarował im gratisową butelczynę wina.
– Ale my nic nie organizowaliśmy – odpowiada barmanka, przecierając suchą ścierką umyte kufle po piwie. Robi to w tak ślimaczym tempie, jakby jej malutki móżdżek nie pozwalał na więcej lub jakby miała już niczego dziś nie sprzedać. Czuję, że rozmawiam z nieodpowiednią osobą.
– Dobra. W takim razie, czy znajdę gdzieś Marka, Grzybka – kogokolwiek z tego zespołu? – pytam już spokojniej, czując jak rozdrażnienie odchodzi, a w jego miejscu pojawia się zdezorientowanie.
– Markowi sprzedałam ostatnio ze dwie butelki whisky i czystą. Jeśli zdecydował się wypić to sam, to pewnie leży gdzieś tutaj – mówi „tutaj”, ale nie wskazuje żadnego konkretnego miejsca. Zabieram się więc za te durne poszukiwania, próbując dowiedzieć się, na co ja w ogóle wydawałam 60 zł i w jakie miejsce trafiłam, bo coraz częściej przypomina to wylęgarnię psychozy, nie klub muzyczny.

Dopiero teraz pomyślałam, że przecież litry alkoholu i ostra biba nie pasują mi do postawy, jaką Mark prezentował na scenie. Tym bardziej, że gdyby prowadził taki właśnie styl życia, to raczej nie mógłby godzinami skakać po scenie, przypominając pasikonika zamkniętego w słoiku. Ostre imprezy i kondycja raczej nie idą ze sobą w parze.

Ale olać te przypuszczenia. Przeciskam się przez tłum ludzi i idę w stronę zleżałych kanap, które minęłam na początku. Jeśli ktoś planował wypić tyle alkoholu, ile mówiła barmanka to z pewnością udał się tam z założeniem, że lepiej legnąć na miękkim, mimo że wytartym tapczanie niż syfiastych panelach.
Wciskam głowę między ramiona dwojga flirtujących ze sobą ludzi, żeby szybko dojrzeć, czy miałam rację. I jest – oto on. Mark Greenway. Rozjebany na kanapie, z głowę złożoną na splecionych dłoniach i rozdziawionym pyskiem. Ślina cieknie mu po brodzie i szyi i kończy drogę na koszulce, na której zdążyła zrobić już sporej wielkości plamę. Z pewnością chrapie, ale jazgot dobiegający z drugiego pokoju wszystko zagłusza. Wygląda jak nastolatek, który przysnął, zarywając nockę na grze na konsoli. W innej sytuacji pewnie obudziłaby go mama – ze słodkim uśmiechem, talerzem mleka z czekoladowymi płatkami i ściereczką, którą wcześniej wytarłaby mu spływającą po brodzie ślinkę. Teraz jednak budzę go ja – ostrym szarpnięciem i pytaniem: – Co Ty wyprawiasz?

Mark zrywa się jakby faktycznie obudziła go matka, ale przyłapując na szeptanych przez sen zberezieństwach. Patrzy to raz w jedną, raz w drugą stronę, a ostatecznie przed siebie, widząc mnie – małą, szczupłą i generalnie drobną dziewczynę, z motywem ze „Scum” na koszulce i miną, jakby ta malutka istota chciała go wypatroszyć. Maksymalnie zdezorientowany i jeszcze zaśliniaczony potrafi wydukać tylko:

– Ale… ale o co chodzi?
– Jak to o co? Przyszłam dziś na wasz koncert, a na scenę zamiast Napalm Death wchodzi banda pijaków, próbująca odegrać wasze najbardziej kultowe kawałki. Czy ktoś mi w końcu powie o co tu chodzi? I na co ja wydałam 60 zł, płacąc za bilet?

Kiedy wypowiadam te słowa w barowym pomieszczeniu robi się jakby bardziej ciasno. Ludzi przybywa, a hałas, który dobiegał do tej pory z drugiego pokoju, ucichł. Już trochę zrezygnowana siadam obok Marka i przechylam butelkę, z której jeszcze nie zdążył wypić wszystkiego.
Obrzydlistwo. I pali w przełyku.

Opuszczam głowę i staram się uspokoić myśli, tłumacząc, że w każdej chwili przecież mogę stąd wyjść i zapomnieć o całej sytuacji. Przez źle wydane 60 zł nie zbankrutuję, a na kolejny koncert Napalm Death się po prostu nie wybiorę.
Mark jednak w końcu poskładał jakieś wytłumaczenie i kiedy już zabierał się za jego opowiedzenie, dosiadł się do nas typ. Ten typ, który zastępował go na scenie. Faktycznie śmierdział jak miejscowy menel. To jednak nie odstraszyło ani nie zdziwiło Marka. Położył rękę na jego ramieniu, obejmując go serdecznie i rzucił: – Dobrze, że przyszedłeś. Właśnie miałem o Tobie wspominać.

Patrzę na nich trochę zniesmaczona, trochę zaskoczona, a najbardziej to zmęczona, bo już powoli zaczynam czuć się jak baba w samym środku akcji pt. „Ukryta kamera”. A może rzeczywiście tak jest?
Faceci chyba zauważyli, że porządnie się zamyśliłam, bo Mark zaczął od skromnego: – To jak, chcesz się dowiedzieć o co chodzi?
– Jasne. Tłumacz. Byle krótko i na temat.
Miałam ochotę ściągnąć jeszcze jednego łyka tego obrzydlistwa, ale zrezygnowałam, wspominając jak źle działa na mnie mocny alkohol. Wymioty, ból brzucha, zmęczenie – nie tym chciałabym rozpocząć jutrzejszy dzień.
– Więc spójrz na nas dwóch. Byle uważnie. I powiedz, czy widzisz jakieś podobieństwo?
Wyostrzam wzrok, ściągam wargi, napinam mięśnie, byle dostrzec choć jedną wspólną cechę. Ale jedyne, co udaje mi się osiągnąć to stworzenie miny a’la Quasimodo. Widzę bowiem, jak już wspomniałam wcześniej, rozpijaczonego typa spod ciemnej gwiazdy i Marka, którego podziwiam odkąd wybrałam się na pierwszy koncert Napalmów kilka lat temu. Gdybym była tego typu dziewczyną, to pewnie wieszałabym plakat z jego podobizną na jednej ze ścian mojego pokoju.
– Nie… niezbyt – odpowiadam krótko.
– To niedobrze, bo – teraz trzymaj się mocno poręczy kanapy – Nick jest moim bratem – tu Mark szeroko się uśmiecha i kieruje milutkie spojrzenie w stronę menela – Wysyłam go na scenę, kiedy mam ochotę odpocząć i poimprezować. Zazwyczaj dobrze sobie radzi, jak na rodzaj muzyki, jaki gramy z Napalm Death. A ludzie nawet nie poznają, że to nie ja. To znaczy nie poznawali, do tej pory – tu patrzy na mnie, nawet nie z wyrzutem, a z takim słodkim pobłażaniem, z jakim patrzy się na kota, który zniszczył pół salonu, no ale jednak jest taki mały, uroczy i niewinny.

Przyznaję, poczułam malutkie wyrzuty sumienia, zupełnie irracjonalnie, ale w tej chwili zastanowiło mnie co innego – jak ludzie patrząc na grupę lumpów na scenie mogli myśleć, że to pełnowymiarowe Napalm Death? Są głusi, rozkojarzeni czy po prostu głupi? A może to po prostu ignorancja młodego pokolenia, dla którego muzyka ma takie znaczenie, jak zeszłoroczny śnieg? Ważne, żeby po prostu bujała. I choć trochę się bałam, że go rozzłoszczę, to zadałam to pytanie Markowi.
– Cóż, czasy się zmieniły… – odpowiedział, a jego uśmiech zniknął, ustępując miejsca smutkowi tak wyraźnemu, że można by zrobić mu teraz zdjęcie i pokazywać je dzieciom w przedszkolu, mówiąc „a tak, drogie dzieci, wygląda właśnie smutny człowiek”. I nie powiedział już nic więcej. Sięgnął tylko po butelkę, w której została jeszcze odrobina wódki. Przechylił ją leniwie, a po wzięciu kilku łyków nawet się nie skrzywił. Kiwnięciem głowy zgodził się tylko na jedno pamiątkowe zdjęcie, w kadrze którego złapał się nawet menel – koncertowy wokalista Napalm Death, którego poznałam wyłącznie ja.


Tak, powyższy tekst jest opisem mojego dzisiejszego snu. Może zbyt szczegółowym, może za mało lotnym, ale jakże przyjemnie mi się go pisało! 🙂

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!