W tym tygodniu postanowiłam wziąć przykład z innych. Wzięłam kilka dni wolnego i zrezygnowałam z pracy na calutki tydzień. W poniedziałek przybrałam pozę lenia, wtorek spędziłam w Poznaniu, dwa kolejne dni mignęły mi na „opiekowaniu” się rodziną, a piątek? Cóż, wolna od ludzi i obowiązków przybrałam pozę znaną z poniedziałku. Dopiero dziś, jako tako, wracam do żywych – zjadłam śniadanie, wypiłam herbatę i słuchając muzyki, klepię ten tekst.

Żeby jednak znów nie oddać do użytku kilkudziesięciu zdań o niczym, wspomnę chociaż o wtorkowym koncercie Marduka. Ten, co prawda, do rewelacyjnych nie należał, ale utrzymał się na bardzo dobrym poziomie. Może nie przywołam go na łożu śmierci, ale pewnie od czasu do czasu komuś o nim opowiem, zaznaczając, że dobry był zarówno pod względem muzycznym, jak i towarzyskim. Zespoły dały z siebie naprawdę dużo. Arkona powaliła klimatem, Infernal War, wiadomo, bezpośredniością i energią, a Marduk profesjonalizmem i świetnie dobranym setem, w którym zawarli stare kawałki, m.in. „Wolves” z mojego ulubionego „Those of the Unlight”, ale też nowsze i najnowsze, w tym „Werwolf”, które koncertowo sprawdza się bardzo dobrze, głównie dzięki kompozycyjnej prostocie, pozwalającej na energiczne harce pod sceną.

Zaznaczę, że wtorek w Poznaniu od początku był dniem pełnym niespodzianek. Najpierw w Warsie oznajmili, że skończyła się cytryna – musiałam więc pić ciemną i mocną jak czaj herbatę. Później okazało się, że Ragnarok ze względu na problemy z przelotem nie dotrze do klubu na czas i tym samym ich występ odpada, a jeszcze chwilę wcześniej dowiedziałam się, że z Infernal War wystąpi nie Warcrimer – pierwotny wokalista zespołu, a Tymek, ten znany głównie z Ragehammer i Them Pulp Criminals. Jak ja to widziałam? Co do Ragnarok, żadna strata. Zespół ten jest dla mnie doskonałym przykładem przewidywalnego, nudnego black metalu, bez którego świat doskonale by sobie poradził. Krótko mówiąc, na ich występie zależało mi najmniej. Tym bardziej, że widziałam ich w warszawskiej Hydrozagadce kilka miesięcy wcześniej, i jak to niektórzy by powiedzieli, dupy nie urwało. Za to Tymek – uwielbiam gościa za to, co robi pod szyldem Ragehammer, bardzo cenię go za Them Pulp Criminals, i choć z Infernal War spisał się bardzo dobrze, od początku miałam wrażenie, że ta muzyka jednak trochę za bardzo go pożera. Widać było i stres i paskudne zmęczenie, które podczas występów z jego pierwotnym zespołem po prostu nie występują. Czego to wina? Może tego, że Infernal War serwuje jednak dawkę bardziej bezpośredniej, bluźnierczej, energicznej i agresywnej wręcz muzyki niż Ragehammer, szczególnie jeśli mowa o kawałkach z „Terrorfront”. A może po prostu gość się trochę pospinał, wchodząc na deski z zespołem, który sam bardzo ceni i z którym chciałby wypaść co najmniej dobrze. I choć głosu ani oddechu nie tracił, ginął trochę w niej – zamiast stać na froncie i zagrzewać do podscenicznej walki, stał obok, zaledwie skandując. Co więcej, wokal Tymka jest zdecydowanie inny, bardziej śpiewny i melodyjny, przez co niektórzy mogli mieć wrażenie, że to nie Infernal War, a Ragehammer zdobywa w tym czasie deski „Bazyla”. Tak czy siak, brak Warcrimera był wyczuwalny, przez co lepiej wspominam występ Infernal War na zeszłorocznej Metalmanii niż ten wtorkowy. Trzymam jednak kciuki za Tymka, bo prawdopodobnie wystąpi z Infernal War jeszcze nie raz, nie dwa – oby z każdym kolejnym razem było coraz lepiej.

Wtorkowy wyjazd trochę mnie odmłodził. Znów, podobnie, jak na samym początku moich koncertowych wypraw, postanowiłam wrócić zaraz po koncercie – bez rezerwacji hotelu i bez konkretnych planów co do tego, jakim pociągiem i o której dotrę do Gdyni. Ostatecznie w powrotny pociąg wsiadłam o 2:30, zmęczona jak cholera, ale zadowolona z tego, że znów przeżyłam dobry koncert i poznałam rzeszę nowych ludzi, którzy choć pewnie nie odcisną znaczącego piętna na moim życiu, to podczas kolejnych koncertów będą tym pierwiastkiem, który doda wartości – nawet jeśli byłby to koncert Batushki z Nocnym Kochankiem na supporcie.

Tego szczęścia nie mieli ci, którzy zdecydowali się zobaczyć Arkonę, Infernal War, Ragnarok i Marduka dzień później, w Rzeszowie. Koncert został odwołany, a organizator podał następujące powody:

„Klub, tylko dzisiejszego dnia, miał kontrolę Policji a także Sanepidu. W dniu wczorajszym nieznany sprawca włamał się nawet do klubu i ukradł wodomierz i kawałek rury, odcinając klub od bieżącej wody. Na tej też podstawie Sanepid wstrzymał działalność klubu LifeHouse”.

I jasne, jako członek metalowego środowiska i szczera fanka muzyki metalowej wraz z jej koncertowym pierwiastkiem mówię – nie no, serio? Co za beznadzieja. I uważam, że z pewnością nie powinno tak być – w żadnym kraju, w żadnym miejscu na kuli ziemskiej, bo kultura, jaka by nie była, powinna móc docierać do obiorców, a odbiorcy, jako że są istotami ludzkimi, posiadającymi szereg ludzkich przywilejów, mają prawo do nieskrępowanego korzystania z wytworów tej kultury.

Jednak jako wnikliwy (jak sądzę) obserwator zauważam, że jakie przykre by to wydarzenie nie było, dało wielu osobom okazję do połechtania swojego ego, ego metalowca szczerze przekonanego o elitarności środowiska, w jakim się porusza. Wspomogły to słowa Łukasza Orbitowskiego:

„Tu nie mam ani zrozumienia ani współczucia, znajduję za to pewną myśl krzepiącą. Black metal, po ponad trzydziestu latach swojej historii, płytach z orkiestrą i liderach w talent-szołach wciąż jawi się muzyką niebezpieczną, a nawet budzi strach. Strach, jak wiemy, rozum odbiera, czego widomy dowód mieliśmy w Rzeszowie.”

Które ani trochę do mnie nie przemawiają i jawią się w moich oczach właśnie jako pożywka dla metaluchów, którzy, jak zdążyłam do tej pory zauważyć, potrafią być bardzo próżni. Bo to wcale nie jest tak, że black metal stoi niewzruszony przez trzydzieści lat i w roku 2018 nadal jest muzyką ekstremalną, szokującą i wywołującą strach. Nie. W 2018 roku metal jest muzyką taką, jak każda inna – ściągającą na koncerty ludzi z różnych środowisk, ubraną w ciekawą, lecz, serio, niewywołującą szoku estetykę i nie tak ekstremalną, jak lubimy myśleć, bo gdyby tak było, to na black metalowych koncertach pojawiałaby się garstka najwytrwalszych, najwierniejszych zapaleńców, a nie ludzi z przypadku. Tak, z przypadku i niech potwierdzeniem tego będzie sytuacja, której byłam świadkiem podczas wtorkowego koncertu:

Kilka minut do koncertu Infernal War. Stoję ze dwa metry od sceny, przede mną grupka młodych, bardzo „wyraziście” ubranych ludzi – wiecie, czerń, skóra, mnóstwo naszywek i pentragramy. Rozmawiają ze sobą, śmieją się. W pewnym momencie podchodzi do nich mężczyzna, na oko, 40-letni, łysy, z okularami na nosie, ubrany w wyprasowaną koszulę w kratę, zapiętą na ostatni guzik i sztruksowe spodnie. W ręku trzyma telefon. Podchodzi i z delikatnym uśmiechem pyta: – Ej, słuchajcie, mam do Was prośbę. Mogę zrobić sobie z Wami zdjęcie? Bo wyglądacie tak fajnie, a mi znajomi to nie uwierzą, że przyszedłem na taki koncert, jeśli nie zrobię zdjęcia.

Metale, jak już zdążyłam wcześniej zauważyć, czasami bywają bardzo próżni, więc młodzi ludzie, mimo że gardzą takimi osobnikami – przypadkowymi, bezczeszczącymi ich ukochaną muzykę swoim przeciętnym wyglądem i usposobieniem – szybko godzą się na wspólne zdjęcie. W momencie cykania fotki robią do aparatu groźne, „metalowe” miny, z palców formują znany wszystkim, złowieszczy symbol rogów, a po tym przybijają z 40-latkiem piątkę i przechodzą do rozmowy, której nie skończyli przez jego wtrącenie.

Black metal „jawi się muzyką niebezpieczną, a nawet budzi strach”? Chyba nie do końca.

I żeby było jasne, nie przeszkadza mi to ani mnie nie wzrusza, że black metalowe koncerty przyciągają nawet typowych Januszy, a odwołanie koncertu w Rzeszowie niepokoi mnie tak samo, jak niepokoi Was – fanów tej muzyki i stałych bywalców metalowych gigów. Nie zmienia to jednak faktu, że ta cała prymitywna nagonka na PiS, bo totalitaryzm, bo utrata wolności artystycznej i frustracje wylewane w internetową przestrzeń wywołują mój śmiech. Bo świat jest jednak ciut bardziej skomplikowany niż większości się wydaje i często to, co nam się upublicznia, na przykład powody, dla których koncert zostaje odwołany, z rzeczywistością mają niewiele wspólnego. Nie mówię, że w tym przypadku tak było, ale często tak właśnie może być – tak, jak było z gdańskim klubem B90 i pompatycznym, pełnym ściemy i manipulacji oświadczeniem Nergala jakiś czas temu.

Dobra, w ten sposób wyszedł chyba najdłuższy post na tym blogu. A jeśli nie najdłuższy, to pewnie jeden z bardzo długich. Przez ten czas zdążyłam zdecydowanie za dużo razy przesłuchać nowy utwór Alice in Chains, który, swoją drogą, jest bardzo fajny i pewnie podbije radiowe listy przebojów równie skutecznie, co swego czasu „Your Decision”. Kończę więc, życząc Wam udanego weekendu i przechodzę do obowiązków, których niestety nie brak, dodając jeszcze tylko, że majówka, choć oferowała dużo wolnego czasu, minęła za szybko i była niezbyt wyjątkowa. Ale i taki czas należy doceniać.

PODZIEL SIĘ

2 KOMENTARZE

  1. Bardzo fajnie się czytało, ja od jakiegoś czasu mam w dupie politykę, bo to śmierdząca dziwka z rynsztoka jest, wolę wolny czas marnować na słuchanie muzyki i grać w gry, ale to co odjebali w Rzeszowie woła o pomstę, ja też lubię gigi najbardziej na otwartym terenie, wtedy można poznać kilka fajnych osób ze światka metalowego, zamienić kilka zdań o tym o tamtym, napić się alkoholu.

Zostaw po sobie ślad!