Przez większość dni w tygodniu otwieram oczy punkt 7:00. W momencie, w którym budzik zaczyna głośno wyć wszystko się we mnie buntuje, a poranek, nawet jeśli ciepły i słoneczny, wzbudza we mnie ogromnych rozmiarów obrzydzenie. W pewnym momencie przestałam nawet wyglądać przez okno. Po co takim widokiem prowokować swój żołądek do skoków? Co jak co, ale swoje łóżko szanuję nad wyraz bardzo. Panujący w nim porządek również.
Tego poczucia obrzydzenia na pewno nie niwelują w połowie nieprzespane noce, które, mówiąc zupełnie szczerze, wolę spędzać na słuchaniu muzyki, oglądaniu seriali i gapieniu się w ciemny sufit – niekoniecznie śnie. Ten przecież jest cholernie dyskotekowy, a odpocząć podobno można po śmierci. O ile się do niej dożyje.
Z powodu takiego trybu życia rośnie nie tylko zniechęcenie, ale i wory pod oczami, które przybierając wielkość gruszki stają się zauważalne nawet dla znajomych. A znajomi, jak to znajomi. Na początku twierdzili, że w swoim działaniu przypominam RoboCopa, później widząc zmęczoną, bladą twarz wybałuszali oczy w zmartwieniu, a teraz? Nie mówią nic. I chwała im za to, bo zbędnego pierdolenia nie lubię.
I co do tego obrzydzenia – brzydzi mnie wszystko. Kolor nieba o poranku, krzyki dzieci biegających wokół bloku i nawet obowiązki, które w nieznanym mi momencie przejęły znaczącą część mojego życia. Bierność świata mnie brzydzi i głupota ludzi, która z każdym dniem wydaje się coraz bardziej powszechna i napierająca z siłą ogromnego tarana, a co gorsza – uchodząca za wartościową. Nie wiem, nie znam się na życiu, ale wartościowe nie wydaje mi się to, co popularne, a co twórcze i prowadzące do rozwoju – w jego szerokim znaczeniu.
Niedobrze mi, kiedy pomyślę o natłoku. Każdego dnia dostaję po twarzy dziesiątkami nowości, setkami zbędnych informacji i tysiącami bodźców, których spamiętać nie da się nawet w 10%. W ogólnym rozrachunku są więc ważne tyle, co zeszłoroczny śnieg. Czasami brzydzi mnie nawet samotność, na którą z pełną świadomością i rozsądkiem się zdecydowałam, a to już pierwszy krok w stronę wariactwa.
Kiedy ten etap dobiegnie końca, a w głowie zamiast neuronów będę mieć kolorową karuzelę, zabiorę ze sobą tonę muzyki, kilka litrów piwa, może kawałek chleba i zamknę się w piwnicy, rezygnując w całości ze świata. Biorąc jednak pod uwagę złośliwość losu, obrzydzenie wcale by nie minęło, a zwróciło się w dodatkowym kierunku. Znienawidziłabym swoje ulubione płyty, następnym razem zamiast piwa wybrała lewatywę, a świat? Wytworzyłabym w nim złudne piękno i chcąc w nie za wszelką cenę uwierzyć, oszukiwałabym samą siebie. Z dwojga złego, wolę być świadoma tej brzydoty i przez to cyniczna niż latająca między obłokami, z wątłymi skrzydłami i jeszcze bardziej kruchym dupskiem.
PODZIEL SIĘ

1 KOMENTARZ

Zostaw po sobie ślad!