Riverside poznałam w wieku kilkunastu lat. W okresie, kiedy kiepska ocena w szkole wydawała mi się katastrofą, a trzymanie chłopca za rękę niezłym przewinieniem. I choć od tamtego momentu minęło sporo czasu, Riverside jest ze mną nadal. I nie, nie chodzi tutaj o to, że zespół najwyraźniej nadaje się wyłącznie dla nastolatek, a ja trzymam się go z powodu sentymentu. Ot, tworzą dobrą muzykę, która mi po prostu leży. A że bardzo lubię ich dosłownie każdą płytę i każdą zapowiedź czegoś nowego przyjmuję z niebagatelną radością, mogę powiedzieć, że jestem fanką zespołu. A mimo tego nie zamierzam dołączyć do oficjalnego fan clubu Riverside. Dlaczego? Postaram się to sensownie wytłumaczyć.


Fan club, mimo że nieoficjalnie prowadzony jest chyba od ukazania się „Voices in My Head”, czyli 2005 roku, dopiero w tym tygodniu zyskał oficjalną stronę internetową i, co chyba ważniejsze, oficjalne poparcie samego zespołu. Dołączenie do klubu wiąże się z opłaceniem składki członkowskiej 70 zł rocznie. Za tę cenę wielbiciel otrzymuje pakiet: koszulka, smycz, przypinka, imienna karta członkowska i zniżki w sklepie z merchem. Poza tym fan club obiecuje organizację kameralnych spotkań z zespołem, możliwość wcześniejszych, pozarozpiskowych wejść na koncerty i przede wszystkim dostęp do portalu internetowego, w którym fan może dzielić się opiniami na temat nowych dokonań muzycznych Riverside i kontaktować się z innymi wielbicielami, tworząc zwartą, oddaną zespołowi grupę.

Brzmi dobrze, nie?

Pewnie gdybym nadal była nastolatką, dołączyłabym.

Niestety mam już 22 lata, a czas biegnie dalej, reklamowe gadżety nie wywołują we mnie palpitacji serca, a wizja współtworzenia fanclubowskiej wspólnoty ani trochę mnie nie kręci.

Bo podstawowe pytanie to – jakie korzyści czerpałabym z dołączenia do tego klubu?

Biorąc pod uwagę, że te reklamowe mnie nie za bardzo pociągają, to co? Mogłabym przybić piątkę Mariuszowi przed koncertem, razem z setką innych osób, które odmówiły sobie dwóch zachcianek i zdołały zapłacić te 70 zł? A może w związku z jakąś specjalną okazją – okrągłą rocznicą debiutu, wydaniem nowego albumu albo powrotem Dudy do dawnej fryzury – zespół zgodziłby się na kilkuminutową rozmowę ze mną sam na sam? To już odrobinę kusi, ale nie oszukujmy się, coś takiego nie będzie miało miejsca. A jeśli już to prędzej z ramienia jakiegoś portalu muzycznego/magazynu, dla którego robiłabym wywiad, co i tak jest mało prawdopodobnie. Przynajmniej w najbliższym czasie.

Przy tym mam wrażenie, że w ogóle możliwość współtworzenia jakiejkolwiek muzycznej wspólnoty już mnie nie kręci. Straciłam ten zapał, który miałam jeszcze kilka lat temu i który zachęcał mnie do dumnego wypinania piersi, na której wcześniej osadziłam koszulkę z logo ulubionego zespołu. Nie mam już ochoty być utożsamiana z subkulturą metalową i na podobnych zasadach nie wzbudza we mnie ekscytacji dołączenie do fan clubu Riverside.

Serce zabiło mi ciut mocniej tylko przy jednym punkcie oferty dla członków grupy – zniżce na płyty zespołu. Kiedy jednak zobaczyłam, że te rabaty oznaczają maksymalnie -2,50 zł, parsknęłam śmiechem. Nie arogancko, nie prześmiewczo, a raczej rozczulająco, bo zdaję sobie sprawę, że dla wielu osób może być to elementem przeważającym szalę na korzyść klubu.


Może z czasem organizacja ta rozwinie skrzydła, poszerzając tym samym ofertę profitów. Porządne zniżki na muzykę albo kawałki publikowane sporo dni wcześniej wyłącznie dla członków fan clubu. Może wtedy się skuszę i zignoruję wszystkie te powody niechęci, które opisałam wcześniej. Jednak na tę chwilę wolę pozostać fanką w ukryciu lub, skoro o Riverside mowa, w swoim własnym „shelter of mine”.

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!