Kiedy chodzi o bluesowo-rockowe granie i koszalińską scenę muzyczną na myśl przychodzi mi przede wszystkim Oil Stains. To granie energiczne, pełne pożądania wobec wolności, wolnej miłości i brzęku motocykli, wyróżniające się w tłumie miejscowych zespołów niewiedzących w zasadzie co i jak grać. Oil Stains to pasja i zdecydowanie. To zamiłowanie, które dane mi było poznać dzięki ich występowi na żywo, a zgłębić w domowym zaciszu, wprost ze świeżo zakupionej płyty.

Szukacie brzmienia rodem z lat 70.? Koniecznie sprawdźcie co tworzą Ci faceci. Bo jest ich dwóch. I to kompletnie wystarcza. Na blogu pewnie pojawi się recenzja ich debiutanckiej, pełnej oldschoolowego grania płyty, ale dziś mam dla Was pierwszy w historii firmitas.pl wywiad. I to właśnie z tymi, którzy tworzą Oil Stains – Maciek Sztyma i Sebastian Strycharczuk. Specjalnie dla Was opowiadają w kilku słowach o koszalińskiej Generacji, swojej bluesowo-rockowej historii, a na koniec zarzucają radami dla muzyków dopiero wdrapujących się na scenę.


Witam Panów. Może na początek spytam o Wasze wrażenia względem ponownej wizyty w Koszalinie. Wystąpiliście w tegorocznej edycji Festiwalu Rockowego Generacja i zdobyliście nagrodę publiczności. Jakie emocje towarzyszą powrotowi do miasta, które przecież po części można nazwać początkiem Waszej muzycznej drogi?
Maciek: „Początek muzycznej drogi” to trochę zbyt górnolotnie. Mieszkam tu na co dzień, z Oil Stains w ciągu trzech lat zagraliśmy w Koszalinie w sumie osiem razy, licząc występ na Generacji. Trudno mi więc mówić o szczególnych emocjach.
Sebastian: Jeżeli pytasz o wrażenia z Generacji – były pozytywne. Mnóstwo znajomych, uściski, uśmiechy. Jednymi słowy – sympatycznie. Jednak czy powroty do Koszalina kojarzą mi się dobrze? Nie zawsze.
Nasz koszaliński Festiwal Generacja zakończył w tym roku swoją 36. edycję. Przez ten czas na miejscowej scenie pojawiły się zespoły znane w Polsce i na całym świecie, takie jak Vader, Napalm Death, TSA, Armia czy Luxtorpeda. Jaki jest Wasz stosunek do tego wydarzenia i jak byście go ocenili – zarówno pod względem organizacyjnym, jak i muzycznym? Macie do niego jakiś sentyment?
Maciek: Przyznam, że przez ostatnie kilka lat nie interesowałem się specjalnie tym, co się dzieje na Generacji. Wiem, że szuka nowej formuły, z przeglądu lokalnego chce się zmienić w ogólnopolski. I życzę organizatorom, by im się to udało. I tak fajnie, że nie jest już przeglądem „rockowometalowym”, że się trochę otwiera. A inna sprawa, że większe emocje Generacja wyzwalała w moim przypadku 20 lat temu, gdy występowałem na niej z moim pierwszym zespołem – The Szczypiors. To był rok 1995. Zajęliśmy nawet trzecie miejsce. Ale myślę, że te emocje to kwestia wieku.
Sebastian: Generacja zawsze jest przeze mnie mile wspominana. Wychowałem się na tym festiwalu, ale z biegiem lat widzę, jak słabnie potencjał ludzki. Mam na myśli fakt, że mniej ludzi przychodzi na Generację i nie jest to już takie WOW, jak dwadzieścia lat temu.
To teraz wypytam już o Waszą drogę muzyczną. Działacie jako duet od 2013 roku. Jak to było z Waszym startem? Znaliście się przed powstaniem Oil Stains czy początek znajomości był też początkiem zespołu?
Maciek: W 2012 roku z czterema jeszcze kolegami tworzyliśmy projekt związany z symbolicznym 50-leciem Beatlesów. Organizowaliśmy koncert im poświęcony w kinie Muza w Koszalinie. Wtedy się właściwie poznaliśmy, a potem było hasło – może pogramy razem, tylko we dwóch? I tak zaskoczyło – może nie od pierwszej próby, ale po kilku nabrało to charakteru.
Sebastian: Znaliśmy się chwilę przed powstaniem naszego duetu. Znałem Maćka z widzenia i widywałem go na scenie, ale nie znaliśmy się osobiście. Lepiej poznaliśmy się chwilę przed powstaniem naszego składu, kiedy zostałem zaproszony jako wokalista do coverbandu Derzuki, by wspólnie uczcić ważną rocznicę w dziejach rock’n’rolla. 😉
Najczęściej bywa tak, że członkowie zespołów są dobrymi kolegami lub przyjaciółmi, a ich znajomość wzmacnia się wraz z każdą nagraną płytą i zorganizowanym występem. Czasami jednak zdarza się, że relacje są dość powierzchowne i powstają tylko na czas prób i koncertów. Jak jest w Waszym przypadku? Czy sądzicie, że przyjaźń między członkami zespołu jest niezbędna do tworzenia dobrej muzyki?
Maciek: Przyjaźń chyba nic nie ma do muzyki – może być, może jej nie być. Najważniejsze to dobrze rozumieć się podczas grania. Oczywiście trudno wyobrazić mi sobie granie na dłuższą metę z kimś, kogo nie lubię. Na pewno wspólne muzykowanie, jak każda wspólna praca, zbliża.
Sebastian: Fakt, że mieszkamy daleko od siebie powoduje,że widujemy się tylko gdy jedziemy na koncerty, lub gdy któryś z nas przyjeżdża do drugiego, by grać próby. Ale myślę, że się lubimy. Pewnie gdybyśmy nadal mieszkali w jednym mieście nasza więź byłaby mocniejsza.
Z Waszego grania emanuje dobre, wzajemne zrozumienie i szacunek. Może też dlatego, że samo brzmienie nawiązuje do bluesowo-rockowego grania lat 70., gdzie głównymi hasłami była wolność, miłość, motocykle i kobiety, ale również przyjaźń. Niektórzy recenzenci porównują Was nawet do The Doors, a samego Sebastiana do Jima Morrisona. Moje pytanie jest następujące – czy tworząc pierwsze utwory wzorowaliście się na jakimś zespole lub wykonawcy i skąd pomysł na podjęcie się akurat takiego grania?
Maciek: Wszystkie wpływy są niezamierzone. Nie było u nas rozmowy w stylu „co będziemy grać” ani żadnego planu. Co do formy to wiedzieliśmy, że są na świecie duety radzące sobie bez basu, także forma nie jest odkrywcza. Może nie jest zbyt powszechna, zwłaszcza u nas, ale ludzie i tak często są naprawdę zaskoczeni tym co słyszą,”że tak można tylko we dwójkę”. A treść, czyli muzyka, jest spontaniczna. Jest pewnie pochodną tego, co każdy z nas się nasłuchał w swoim życiu. Czasami podchodzą po koncercie ludzie i mówią mi, że nasza muzyka kojarzy im się z jakimś zespołem, i tu podają nazwę, która mi niewiele mówi. Także z tymi skojarzeniami i inspiracjami to jest różnie – świadczą często o odbiorcy, a nie o nadawcy.
Sebastian: To co „ z zewnątrz” można wyłapać z naszej muzyki jest niezaprzeczalnie tym, co w nas siedzi, to, czym jesteśmy przesiąknięci, co znamy, co lubimy. Generalnie obaj uwielbiamy okres lat 70. w muzyce światowej. Nasze utwory wychodzą z naszych głów i spod palców pod wpływem chwili – tak jest zazwyczaj. Ale to, co jest w nas niezaprzeczalnie, miało swój początek w muzyce bandów z tamtego okresu i nie jest łatwo się od tego uwolnić.
I w takim właśnie klimacie nagraliście Epkę, która wzbogacona o dodatkowe utwory ewoluowała w pierwszy, duży album o nazwie „Here Comes My Train”. Płyta zebrała dobre recenzje, a niektórych naprawdę mocno zachwyciła, ale jak to jest z Waszymi odczuciami? Jesteście zadowoleni z tej płyty czy może już po przeszło roku od jej wydania zmienilibyście coś lub dodali?
Maciek i Sebastian: Płyta? Jest ok. Bardzo ładnie wydana, brzmi fajnie. Ale to już za nami, więc nie myślimy o tym w kategoriach czy coś byśmy zmienili lub dodali. To już jest i tyle. I cieszymy się z każdej sprzedanej sztuki, która trafiła pod strzechy naszych odbiorców.
Koncertujecie po całej Polsce, w mniejszych i większych miastach. Wystąpiliście na Grossroots Festiwal i Woodstocku. Czy z któregoś koncertowego osiągnięcia jesteście szczególnie zadowoleni? Jeśli tak, to dlaczego?
Maciek: Woodstock – wiadomo. A reszta to zdarzają się chwile i koncerty fajniejsze, i te bardziej przeciętne. Jedno, co mi czasem psuje humor to jak widzę, że organizator ma w dupie zespół, który zaprosił. To rzadkość, ale zdarza się.
Sebastian: Na koncertach bywa różnie. Czasami jedziemy do dużego lokalu i wracamy zawiedzeni, a często jest tak, że jedziemy do małego miasteczka, koncert jest świetny, ludzie nas obsiadają i nie chcą wypuścić – to zawsze dobrze działa na psychikę i sprawia, że chcemy wracać w takie miejsca. Jeżeli pytasz o osiągnięcia, to bez wątpienia fakt, że przebrnęliśmy przez woodstockowe eliminacje i zagraliśmy na tym festiwalu jest dla nas jednym z najważniejszych osiągnięć.
W takim razie Waszą historię mamy już za sobą. Teraz pora zapytać o plany. Jaka będzie przyszłość Oil Stains? Jakie koncerty planujecie w najbliższym czasie? A może po cichu powstaje kolejna płyta?
Maciek: Na pewno jeszcze trochę pogramy, póki nam się to nie znudzi. Może coś nagramy dla potomnych. Staramy się, by przynajmniej raz w miesiącu ustawić sobie jakiś weekend z graniem, i ja bym się cieszył, gdyby to się udało utrzymać i gdyby miejsca, w których gramy były coraz ciekawsze.
Sebastian: Normalną koleją rzeczy jest fakt, że planujemy koncerty, a i plan nagrania nowego materiału też powoli pojawia się na horyzoncie. Ale o tym na razie sza. 😉
Za wyjście nowego albumu oczywiście trzymam kciuki. Na koniec jednak chciałabym spytać o coś troszeczkę innego, o Wasze zdanie na temat polskiej sceny muzycznej. Czy są zespoły, których losy śledzicie ze szczególną uwagą? Jakie rady dalibyście początkującym muzykom, dopiero raczkującym ku scenie?
Maciek: Trzymam kciuki za wszystkich, którym mimo wszystko się chce, którzy mają coś ciekawego do zagrania i powiedzenia. Parę takich zespołów mieliśmy okazję spotkać. Tak naprawdę Polska jest pełna ciekawych bandów funkcjonujących na jakichś obrzeżach. A z koszalińskiego podwórka to trzymam kciuki za chłopaków z Whoiswho. Oby wystarczyło im sił, by to pociągnąć.
Sebastian: Co do Whoiswho zgadzam się z Maćkiem, a rada ode mnie? Nie raczkujcie ku scenie, bo to źle wygląda. Na scenę trzeba wchodzić dumnie.

Dla ciekawskich, Maciek w Oil Stains dzierży gitarę, a Sebastian siedzi za bębnami i śpiewa. Nie ma u nich basu, ale za to jest wyczuwalne zgranie, pasja i energia, której na koszalińskiej scenie muzycznej zdecydowanie brak. Chłopaków zobaczę w akcji pewnie jeszcze nie jeden raz, ich krążek będzie wdzierał się do mojego odtwarzacza bardzo regularnie, a ja porwana bluesowo-rockowym graniem czekam na więcej.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!