Po włączeniu Pain of Salvation i ich najnowszego dzieła „In The Passing Light of Day” nie mam lat 20, tylko 15, metal jest daleko przede mną, a cały mój nastoletni świat obraca się wokół nieszczęśliwej miłości, zwątpienia w świat i fascynacji przystojnymi rockmanami pokroju Jareda Leto – to jedna strona medalu, a druga? Jeszcze prostsza, bo „In The Passing Light of Day” to po prostu bardzo udany album. Przebojowy, momentami wręcz hiciarski, ale umiejętnie zagrany, ograny i z fajnym przytupem.

Czemu tak sentymentalnie?

Nadal nie potrafię rozgryźć schematu, według którego jedne albumy wchodzą w nas wraz z wydobyciem pierwszego dźwięku, a inne nawet po dziesiątkach wymuszonych przesłuchań i tak pozostają w szarych ostępach, do których z własnej woli nie sięgamy. Gdybym jednak miała typować, powiedziałabym – sentyment. Coś, co stając się fundamentem w nastoletnim wieku (na myśli mam fundament masywny, nie drobne fascynacje rodem z podstawówki) i będąc nim przez kolejne lata zbiera tylko to, co w jakiś sposób jest z nim związane. Niewielu znam ludzi, którzy swój gust muzyczny wytworzony na przełomie gimnazjum i liceum zmieniliby diametralnie. Zazwyczaj dryfują wokół brzegu tej samej wyspy.

Pain of Salvation In the passing light day

Do tego właśnie punkciku – słynnego sentymentu uderzyło „In The Passing Light of Day”, przypominając czas, w którym każdy ze słuchanych utworów miał wyraźny podział na zwrotka-refren-zwrotka, kiedy teksty skupiały się przede wszystkim na nieszczęśliwych miłostkach, kompozycje obracały się wokół głównego, lepszego niż pozostała część punktu, a na czele bandu stał przystojny brunet o wyraźnie zarysowanej szczęce. Włączam „In The Passing Light of Day” i znów mam 15 lat.

Utworami o całej płycie

Przy rozpoczynającym album On a Tuesday i pierwszym szarpaniu za struny może i ma się wrażenie, że z metalem ta muzyka ma wiele wspólnego, bo jest i siła i agresja, ale nie warto być łatwowiernym, bo metal nie jest domeną tej płyty. A na pewno nie ten metal, który ja znam. Zresztą wystarczy poczekać do drugiej minuty utworu, by przekonać się, że wokal Daniela krąży po zupełnie innej orbicie – drapieżnej, ale bardzo melodyjnej, przechodzącej raz na linie szeptu, raz na wysoki ton. Oczywiście, w połączeniu z tym krzykiem i recytacją, nie brakuje przejść z silnego insturmentalium do delikatnych klawiszy. Do tego gitara typu łup-łup, w której muzyk macha ręką jakby odganiał muchę tuż znad gryfu. Taki sposób radzenia sobie z instrumentem kojarzy mi się w 100% właśnie z progresywno-rockowym graniem i prawie za każdym razem okazuje się bardzo skuteczny, bo przy takim wybiciu rytmu nóżka sama tupie, a głowa wprawia się w mimowolny ruch. Wystarczy dodać do tego utalentowanego wokalistę o ładnej barwie głosu i sukces murowany.

Tongue of God – drugi numer z płyty płynie w podobnym tonie. Rozpoczęty smutnym klawiszem, doprawiony energicznymi strunowcami i zwieńczony rozwlekłym (w dobrym tego słowa znaczeniu) wokalem. Jest to jednak ta część „In The Passing Light of Day”, w której można złapać oddech przed kolejnym zachwytem, bo taki następuje już w Meaningless.

To tam granie jest najbardziej wyraźne, głos najbardziej zmysłowy, a refren wrzynający się w głowę tak, że bez stąpania po mieszkaniu z tekstem na ustach nie może być opcji. I możecie rzucić mnie na szafot, ale podczas pierwszego, drugiego, a nawet trzeciego odsłuchu sądziłam, że głos wspierający Daniela w refrenie należy do… kobiety. Młodej, seksownej blondynki z krągłymi piersiami i kształtnymi ustami. Po krótkim researchu okazało się jednak, że winny temu jest Ragnar Zolberg – gitarzysta, blondyn, ale pozbawiony kobiecych atrybutów. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. I jak po zdobyciu tej wiedzy mierził mnie w znaczącym stopniu, tak po wielokrotnym zasłuchaniu się w „In The Passing Light of Day” i obejrzeniu kilku nagrań z występów na żywo przekonał mnie do siebie. Bardzo.

Pain of Salvation

W spokojniejszym, refleksyjnym akcencie przebiega Silent Gold – przez niektórych określany nawet najlepszą kompozycją całej płyty. Uwierzcie jednak, że mija się to z prawdą. Oj mija. Owszem, nie brakuje w tym numerze talentu, ale to, co najlepsze dopiero nastąpi – Full Throttle Tribe. Wyposażone w porządny riff, w nienużącą rytmikę, odpowiednią dawkę przyśpiewów agresywnych i spokojnych. I mimo że utwór trwa ponad dziewięć minut, zdaje się być niebiańskim zapętleniem, w którym aniołki machają radośnie głowami, a kobiety na widok i słuch Daniela zrzucają z siebie ubrania. Przynajmniej podczas refrenu.

Długo. Czy nie za długo?

„In The Passing Light of Day” trwa ponad godzinę. Choć jest to godzina bardzo dobrze rozegrana, kompozycyjnie ciekawa to zdolność odbioru tuż po Angel of Broken Things zaczyna zawodzić, a krążek po prostu zaczyna nudzić. Wydaje się, że wszystko, co w nim najlepsze zostało rozegrane w pierwszej połowie, a druga jest tylko próbą przedłużenia, na którą ja zdecydowałam się raz przy pięciu podejściach do płyty jako całości.

Czy „In The Passing Light of Day” spodoba się tym z Was, którzy Pain of Salvation znają od dawna? Pewnie tak, ale może nie tyle z jakości samej płyty, co szacunku do całego zespołu i ich innowacyjności. Ja jednak poznałam Pain of Salvation wraz z pojawieniem się „In The Passing Light of Day”. Słucham płyty po raz piętnasty, znów mam 15 lat, czarne trampki, plakat Jareda Leto na ścianie i strach przed dokładniejszym przejrzeniem dyskografii Szwedów. W końcu to, co usłyszane się już nie odsłyszy, a szczerze wątpię w to, czy istnieje coś lepszego od ich najnowszego dzieła.

PODZIEL SIĘ

1 KOMENTARZ

Zostaw po sobie ślad!