Odkąd wyprowadziłam się z domu i jestem zdana wyłącznie na siebie – a to już kilka dobrych lat, wiem jak to jest wiązać przysłowiowy koniec z końcem i wiem co czuje człowiek, który zachłysnął się pierwszą porządną wypłatą wypracowaną w pierwszej porządnej pracy. Ale czy pieniądze prowadzą do szczęścia? Ja już w to nie wierzę. I myślę, że to jedno z najbardziej kłamliwych przekonań, budujących współczesny świat, o którym tak naprawdę przekonałam się w ostatnich miesiącach.


W trakcie wakacji, kiedy panowała cisza na firmitas.pl, zdołałam podjąć kilka sporych decyzji. Jedną z nich była rezygnacja z pracy na etacie i przejście na pracę zdalną, wykonywaną z domu. Współpracuję w tym przede wszystkim z jednym sporym sklepem internetowym – i to sprawia, że nie muszę obawiać się braku zleceń i mogę oczekiwać jako tako stabilnego źródła zarobku. Dla mnie niesamowicie ważne jest jednak to, że nie muszę. Nie muszę pracować w dniu, w którym nie mam na to kompletnie ochoty. Nie muszę zrywać się o 6:00 rano z łóżka, kiedy za oknem deszcz i wiatr o takiej sile, jakby zwiastował apokalipsę. To, co na etacie wypracowywałam w osiem godzin, tutaj nauczyłam się robić w niecałe sześć. Można by powiedzieć, super sprawa! Jednak to, co doceniam najbardziej w takim rodzaju pracy to płynąca z niej nauka:

Wyznacznikiem szczęścia nie jest ilość zarobionych pieniędzy

Brzmi banalnie, zdaję sobie z tego sprawę. O co jednak dokładnie chodzi?

W pierwszych miesiącach pracy w formie zdalnej bardzo się starałam – żeby pracować codziennie, w regularnych godzinach, żeby zarabiać co najmniej tyle, ile zarabiałam na etacie. Jednak później, kiedy na moje konto wpłynęło już kilka wypłat – raz mniejszych, raz większych, w zależności od tego, ile wypracowałam – nie było tak, że wraz z większą wypłatą czułam się szczęśliwsza. Ba! Można powiedzieć, że w zasadzie moje samopoczucie było dokładnie takie samo zarówno przy mniejszej ilości zarobionych pieniędzy, jak i większej. I nie chodzi o to, że nagle przebudziła się we mnie obojętność wobec tego, co materialne. Po prostu zaczęłam obserwować i dochodzić do pewnych wniosków.

Wniosek nr 1: Potrzebuję przede wszystkim tyle pieniędzy, żeby przeżyć

Wiadomo, człowiek ma pewne podstawowe potrzeby, które musi zaspokoić, żeby czuć się bezpiecznym i zrelaksowanym. Musi mieć przede wszystkim gdzie mieszkać i co jeść. Obliczenie ile potrzeba na to gotówki mam już za sobą, bo to pierwsza rzecz, jaką musiałam zrobić po podjęciu decyzji życia na własną rękę. Nie będę Was tutaj szturmować liczbami, bo to nie o to chodzi. Ważne jest jednak to, że pierwszy wniosek – zarobić przede wszystkim tyle, żeby przeżyć przez następny miesiąc – sprawił, że przestałam się stresować i gonić za liczbami, a czas, który w ten sposób oszczędzałam, wykorzystywać na rzeczywiście uszczęśliwiające i relaksujące mnie czynności, do których, wbrew pozorom, nie potrzeba dodatkowego, drogiego sprzętu.

Wniosek nr 2: Firmowe buty do biegania, czytnik e-booków i nowy komputer nie sprawią, że zacznę regularnie biegać, więcej czytać i lepiej pracować

Chodzi tu mniej więcej o to, że do wykonywania większości ciekawych i satysfakcjonujących zajęć nie potrzebujesz drogiego sprzętu. Kiedy zachciało mi się uprawiać fitness, po prostu założyłam trampki i przeszłam do ćwiczeń. Kiedy naszła mnie ochota na czytanie, sięgnęłam po książki, które leżą na mojej półce, a z którymi do tej pory z jakiegoś powodu się nie zapoznałam. Noszę się nawet z zamiarem założenia karty w miejskiej bibliotece. Komputer, na którym obecnie pracuję jest ze mną już od jakichś sześciu lat. Dużo. Nie jest już tak szybki, jak na początku. Czasami z powodu wymęczonej baterii przechodzi w stan uśpienia bez choćby drobnego uprzedzenia. Mimo to i tak jest bardzo dobry, jeśli chodzi o copywriterską pracę, do której potrzeba wyłącznie Worda i przeglądarki. Do czego zmierzam? Otóż, w końcu zauważyłam, tak realnie i przejmująco, że nie warto wmawiać sobie, że kiedy zarobię więcej pieniędzy i kupię to, to i to, moje życie zmieni się na lepsze. Bo nie zmieni. Prawdopodobnie kiedy zarobiłabym już te pieniądze, straciłabym ochotę na wykonywanie czynności, które kręciły mnie wcześniej i zaczęłabym szukać czegoś droższego, czegoś, co pozwoliłoby mi znów odwlec to zajęcie i powiedzieć sobie: „zabiorę się za to, jak zarobię wystarczająco dużo pieniędzy”.

Jasne, jeśli wytrwam w tym fit sposobie bycia, to pewnie zainwestuję w dobre treningowe buty – z czysto zdrowotnych względów. Ale aby do tego doszło, musi minąć trochę czasu, a ja muszę szczerze, że to dobry pomysł. Na tyle dobry, bym godziny, które mogę poświęcić na trening lub cokolwiek innego i przyjemnego, poświęciła na pracę i zarabianie pieniędzy na ten zakup.

Wniosek nr 3: Zakup dziesiątek płyt w miesiącu nie jest niezbędny. Radość mogę wyciągnąć nawet z dwóch

Podobnie sprawa ma się z płytami. Facebook, Instagram, YouTube – to portale, które sprzyjają przechwałkom tym, ile kupujemy i jak bardzo obyci jesteśmy w danym temacie. Przyznam szczerze, że w pewnym momencie niewiele brakowało, bym sama zaczęła prowadzić bloga w oparciu o to, jak wiele płyt posiadam i jak wiele jestem w stanie kupić, udowadniając prawdziwość swojej muzycznej pasji. Na szczęście się opamiętałam. I zamiast zasypywać Was zbiorowymi zdjęciami, z którym niewiele wynika, staram się w oparciu o jedną, konkretną płytę przemycić to, co chociażby odrobinę wartościowe. Przez tych kilka miesięcy, kiedy na firmitas.pl panowała cisza, nie czułam potrzeby nawet dzielenia się czymkolwiek. A uwierzcie, nadal słuchałam dużo. Jestem więc święcie przekonana, że więcej radości może przynieść zakup, powiedzmy, dwóch albumów w miesiącu, ale stworzonych przez naprawdę istotne dla nas zespoły niż wykupowanie niemalże wszystkiego, co oferują wytwórnie. Nową płytę Riverside słucham od niemalże tygodnia. Za to na półce mam sporo płyt, które kupiłam z rok temu, pod wpływem emocji, a które okazały się totalnym niewypałem, bo mimo szczerych chęci nie dałam rady przesłuchać ich więcej niż trzy razy. Swoją drogą, może w najbliższym czasie wrzucę ich zdjęcie, to sobie zajrzycie i jeśli tylko zechcecie, coś ode mnie odkupicie.

Wniosek nr 4: Płyty, książki, kolorowe kubki – może fajnie jest je mieć, ale kto to wszystko będzie dźwigał?

Choć od kilku miesięcy jestem dumną mieszkanką Gdyni i nigdzie nie zamierzam się stąd ruszać, to istnieje wysokie prawdopodobieństwo, że mieszkanie zmienię tak czy siak. Wtedy te ciężko zarobione i beztrosko wydane pieniądze – na zakup płyt, książek czy kolorowych kubków, osiądą na moich plecach i ramionach. I to dosłownie, bo ktoś te wszystkie rzeczy będzie musiał przedźwigać do nowego mieszkania. Nie widzę więc na razie sensu w pracowaniu więcej tylko po to, by kupić te rzeczy, a następnie narzekać na to, że jest ich za dużo. Gdybym miała własny domek sprawa pewnie wyglądałaby ciut inaczej. Na razie jednak mam 22 lata, żyję na freelancie, a moje przewidywania przyszłości zamykają się maksymalnie w 12 miesiącach w przód.


Ufff. Trochę się nagadałam. Warto więc chyba przejść już do jako takiego podsumowania. Czy pieniądze dają szczęście? Ja już kompletnie w to nie wierzę. Jeśli tylko posiadam tyle gotówki, żeby przeżyć i dzięki temu mam mnóstwo wolnego czasu, który mogę pożytkować, wykonując szereg świetnych, bo rozwijających i relaksujących czynności, to jestem szczęśliwa. Naprawdę. I Was też do tego zachęcam – o ile nie dzierżycie odpowiedzialności za partnera lub dzieci, bo wtedy sprawa się z pewnością komplikuje. Ale w innym przypadku – serio, nie dajcie się przekonać, że konsumpcjonizm to jedyna droga. Nie skupiajcie się wyłącznie na pracy, nie gońcie za coraz lepszymi wynikami w biurze, jak te szczury, bo poza tym, że prowadzi to nieuchronnie do jakiegoś paskudnego choróbska, zabiera przede wszystkim czas. Cenny czas, którego nigdy już nikt z nas nie odzyska, a który naprawdę, o ile tylko można, warto poświęcić przede wszystkim na naukę, odpoczynek – także aktywny i kontakt z bliskimi nam osobami.

PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!