Nigdy szczególnie nie ciągnęło mnie do ustabilizowanego życia. Wiecie, domek, rodzina, kot na łóżku i kwiaty na balkonie upchane w fikuśnych doniczkach. Co więcej, wydawało mi się, że młodym ludziom to ogólnie rzadko zależy na czymś takim, jak życiowa stabilizacja; że jeśli praca, to po to, żeby zarobione pieniądze wydawać na alkohol, książki, płyty, koncerty, ewentualnie spełnianie zachcianek swojej drugiej, lepszej połówki; że jeśli wynajem pokoju lub mieszkania, to po to, by liznąć wolności (co jest, swoją drogą, totalną złudą), a nie odpowiedzialności, jaką to prędzej czy później za sobą pociąga. Ogólnie, młodość i pragnienie życiowe stabilizacji? Gryzło mi się to. Aż do dziś.

W pracy bowiem pojawił się temat kredytów – tego, czy warto taki zaciągnąć, ile lat ciężkiej pracy wymagałoby jego spłacenie i jakie ten kredyt daje korzyści. I w tym momencie się cholernie zdziwiłam, bo okazało się, że większość była za – za braniem pożyczek, za inwestycjami i budowaniem pewnej przyszłości.
Żeby nie było – choć sama praktykuję zgoła odmienną filozofię życia, to do takiego podejścia nic nie mam. Ba, praktykujących ową filozofię życia stabilnego i spokojnego to ja nawet podziwiam. Jednak o co chodzi? Otóż dziś zauważyłam, na przykładzie własnych biurowych znajomych, że to całe pokolenie Y czy C to jakaś ściema, stworzona chyba na podstawie wybiórczo dobranych, bananowych dzieci, wychowanych wokół Facebooka, YouTube’a i Tumblra, wyrastających w przekonaniu, że życie na freelancerce to cud, miód i malina, a marketing i branża kreatywna to najbardziej cool zajęcie, jakie można na swoją pracę wybrać.
Otóż tak nie jest! Okazuje się, że spory odsetek z nas, młodych (bo jak teraz zbiorę myśli, to dochodzę do wniosku, że takiego oświecenia powinnam doznać już nie raz, miesiące lub nawet lata wcześniej) podziela filozofię swoich rodziców – pragniemy skończyć dobrą szkołę, znaleźć stabilną pracę, dzięki tej pracy zdobyć pieniądze na to, by kupić, a może nawet zbudować dom, w którym zamieszkamy z bliskimi naszym sercom ludźmi i który otoczymy pięknym ogródkiem, z altanką, drewnianym płotkiem i sadzonkami. Spory odsetek z nas to ludzie rozsądni, opanowani i z lubością myślący o przyszłości.
Dobra, piszę „my”, ale, choć w tym momencie przyznaję to z lekkim zawstydzeniem, ja do tego grona to raczej nie należę. Jara mnie Internet, gdybym miała w sobie więcej silnej woli i gdybym potrafiła dobrze organizować swój czas to oddałabym się w 100% pracy na freelance’ie i choć od marketingu bardziej kręci mnie dziennikarstwo to owszem – na tę chwilę, podkreślam, na tę chwilę życiową stabilizację sprzedałabym za garść szylingów, jeśli tylko mogłabym wymienić je na poczucie wolności (mimo że złudne), życiową spontaniczność i różnorodność.

To zabawne, biorąc pod uwagę to, że w ostatnich miesiącach mam więcej stabilności niż przez ostatnie 20 lat razem wzięte. Ale cóż, to jest pierwszy z najbardziej pierdołowatych wpisów na tym blogu, a ja miałam się w tworzeniu ich nie ograniczać. Więc – there it is.

PODZIEL SIĘ

1 KOMENTARZ

  1. Freelancer do czasu, jest to sposób na życie ale kiedyś poniesie się tego skutki. Jednak stabilizacja w wielu przypadkach sprawdza się. Chociaż kredyty to zło konieczne, lepiej unikać o ile jest taka możliwość.

Zostaw po sobie ślad!