W mojej szkole podstawowej istniało coś takiego, jak poniedziałkowe filharmonie. Szkoła co roku podpisywała porozumienie z koszalińskimi muzykami, którzy za odpowiednią opłatą przyjeżdżali do naszej wiejskiej zabudówki i z samego rana, w co drugi poniedziałek atakowali nas swoją dziwaczną muzyką i opowiadali o instrumentach, które wtedy wydawały nam się tak stare i przeżyte, że nawet pani dyrektor, choć miała swoje lata, nie powinna się nimi interesować.
Koncerty odbywały się według bloków tematycznych. Jednego poniedziałku panowie grali Chopina, innym razem Beethovena, a innym Mozarta. Uczniowie, skotłowani w sali, która poza koncertami pełniła rolę stołówki, usadzeni na małych, drewnianych krzesełkach albo przysypiali, śniąc jeszcze o dopiero co skończonym weekendzie albo, starając się nie umrzeć z nudy, zaczepiali kolegę i koleżankę siedzących obok, drażniąc przy tym panie wychowawczynie. Ogólnie – nikt nie był muzyką zainteresowany. A że był to jeszcze czas, w którym wszystkie bilety – niezależnie czy do kina, teatru czy szkolnej filharmonii – opłacali rodzice, nie mieliśmy świadomości, że ta nuda kosztuje cokolwiek. Tym bardziej nie wiedzieliśmy, że za cenę tej półtoragodzinnej katorgi moglibyśmy kupić kilka paczek czipsów lub gum do życia plus colę. I dobrze, że tej wiedzy nam brakło. Może w innym wypadku zrodziłby się bunt?
Kiedy po takim poniedziałku przychodziła pora na lekcję muzyki lub zajęć artystycznych (prowadziła je ta sama pani) opowiadano nam o słynnych kompozytorach – o ich życiu i dokonaniach, by na końcu zaznaczyć, że wszystkie te informacje są bardzo ważne i powinniśmy je zapamiętać. Oczywiście nikt nie przykładał do tego najmniejszej wagi, dopóki nie przychodziła pora sprawdzianów. Gdyby w tamtym momencie, kiedy miałam lat, nie wiem, może z dziesięć powiedziano mi, że za lat około jedenaście będę siedzieć w pokoju, przy biurku, z rozstawionymi po bokach głośnikami i zachwycać się, kolejno, Brahmsem, Beethovenem, Chopinem i Mozartem, spytałabym czy nie jest kosmitą.
Tak, wtedy to klasyczne, muzyczne wychowanie wydawało się co najmniej niepotrzebne. Zamiast siedzieć w ciasnej sali i patrzeć na panów w czarnych kubraczkach woleliśmy pograć w piłkę na szkolnym boisku. Czasami nawet próbowaliśmy się targować, prosząc nauczycielki, żeby zamiast zajęć z filharmonii pouczyć się matematyki. Matematyki! Czy to nie poważna walka? Jednak nigdy się nie powiodła.
Szkoła kładła na muzyczne aspekty kształcenia bardzo duży nacisk. Obecność była obowiązkowa. A kto z jakiegoś powodu, niezależnie czy to śmierć w rodzinie czy wagary, nie pojawił się w poniedziałek w szkole, miał sporo kłopotów – między innymi dodatkowy referat do napisania.
Nie wiem czy było tak tylko w naszej podstawówce czy w tych, obecnych w innych gminach także. Wiem za to, że teraz, po upływie mnóstwa czasu jestem za te lekcje wdzięczna. Nie żebym zapamiętała z nich coś konkretnego czy w trakcie któregoś z poniedziałków doznała kulturowego oświecenia. Mam jednak świadomość, że szkoła odegrała w moim wychowaniu ogromną rolę. I kto wie, może właśnie tymi poniedziałkami kształtowała moją muzyczną wrażliwość, za sprawą której słucham muzyki każdego dnia i decyduję się o niej pisać. Od muzyki klasycznej do metalu w końcu nie taki duży skok. 🙂
Inna sprawa, że z każdym kolejnym rokiem na karku robię się coraz bardziej sentymentalna i ochoczo wracam myślami do takich historii, jak ta – ze słodkiego, pełnego szczęścia dzieciństwa.
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!