Zanim usłyszałam pierwszy metalowy utwór, przez długi czas słuchałam rapu. Wiecie, starszy brat katujący beatami, koledzy zasuwający w dresach – czy chciałam czy nie, rap był blisko mnie i po jakimś czasie nie potrzebowałam już żadnego wsparcia, żeby zapuścić go samodzielnie w słuchawkach. Zaczynałam chyba jak każdy z tego klimatu – Peja, Eldo, Magik z Kalibrem 44 i Paktofoniką. Później, jakoś w okolicach 2010-2011 roku na scenie pojawił się Słoń. Typ tworzył teksty o trupach, gwałtach i końcu świata. Od początku poruszał się w stylistyce horrorcore’u, który wtedy nie był znany ani lubiany, zarówno w środowisku twórców, jak i słuchaczy. Ludzie nie do końca wiedzieli jak tę muzykę przyjmować, ani tym bardziej jak ją rozumieć. Typowe blokowiskowe i związane codzienną rzeczywistością teksty zastąpił mrok, groza, brzydota i strach. Widać już wtedy byłam przychylna tej tematyce, bo Słoń chwycił mnie w stu procentach. Kiedy rapował o odrywanych od ciał głowach i szatanie plądrującym dziewicze ciało, włosy na rękach stawały mi dęba, a na dystansie od karku po stopy skakał dreszcz. Kiedy oglądałam jego klipy, z dzisiejszej perspektywy dość infantylne, pełne kolców, krwi i ognia czułam, że to jest właśnie to. Nie potrafiłam jeszcze wytłumaczyć dlaczego, ale czułam, że tak jest.
Jak to często bywa, dopiero po czasie, kiedy ludzie nauczyli się tę muzykę odbierać, Słoń zyskał na popularności. Nastolatki śmigały w bluzach WSRH (grupa Słonia i Shelleriniego), chłopcy w zeszytach rysowali jego loga, a później, najczęściej bez zgody rodziców, urywali się na koncerty. Horrorcore stał się sławny, co było bardzo dobrze widać – kolejni, tworzący w tej tematyce raperzy pojawiali się jak grzyby po obfitym deszczu.

Ale dlaczego o tym piszę?

Kilka dni temu jeden ze znajomych udostępnił na swojej facebookowej tablicy pierwszy utwór Słonia, jaki tych kilka lat temu usłyszałam. Co mnie skusiło, by w ten link kliknąć? Nie mam pojęcia. Ale to zrobiłam. I obudził się we mnie sporych rozmiarów sentyment, bo mimo że teraz słucham głównie ciężko strojonych gitar, blastów i growlu, dobry beat i rytmiczny wokal nadal potrafi mną potrząsnąć. I potrząsnął, bo wróciłam do Słonia na te dwa długie dni, a przy tym doszłam do kilku wniosków.
Chcąc nie chcąc, w warstwie tekstowej Słoń skupia się na tym samym, co większość deathmetalowych kapel. Nienawiść, krew, gniew i stosy zgniłych ciał. Korzysta z innych środków wyrazu, to jasne, ale jego cel od początku jest ten sam – zszokować i przesunąć linię ekstremum tak daleko, by nikt nie był w stanie nawet do niej sięgnąć. Czy muzyka tworzona przez Słonia jest mniej ambitna od tej, której słuchacie na co dzień? To zależy. Wystarczy jednak przesłuchać kilku jego utworów, żeby zauważyć, że teksty nadziane są filmowymi, filozoficznymi i religijnymi motywami jak dobra kasza skwarkami, a przekleństwa, mimo że na początku zbyt liczne, z czasem znikały.
Kolejna sprawa, czy to coś złego, kiedy na co dzień słucha się metalu, a co jakiś czas sięga po tak odmienną, a mimo to podobną muzykę? Jasne, że nie. Wiem jednak, że znajdzie się sporo osób mających zgoła odmienne zdanie. Bo pozerstwo, bo zguba ideałów, bo niedojrzałość i głupota. Ja na to mówię – emocje, otwartość, a może nawet odwaga. Bo czy lepiej wyszłabym na napisaniu tekstu o nowej Metallice lub powszechnie szanowanych Deathspell Omega? Pewnie tak. Ale powiem Wam coś zupełnie szczerze – moment, w którym zrezygnuję z pisania o tym, o czym mam ochotę napisać na rzecz tego, co byłoby najzwyczajniej w świecie chętniej czytane będzie momentem sromotnej porażki. Przynajmniej w tym miejscu. I mam nadzieję, że nigdy nie nadejdzie. A jeśli tak to na pewno Was o tym poinformuję i jeszcze tego samego dnia zniknę, przechodząc do Kvlt. 🙂
PODZIEL SIĘ

Zostaw po sobie ślad!